Leczenie objawowe, czy próba radykalnej kuracji?

Letni marazm i korekta na giełdach (oczekiwana i wynikająca w dużej części z niepokoju o wyniki spółek – sezon zaczyna się w środę 8.07) nie sprzyjają aktywności również pod blogiem. Dlatego też nie tworzyłem nowego wpisu. Poniższy tekst jest w pewnym sensie ponadczasowy i został umieszczony niedawno w „Parkiecie”. 

W środę 17 czerwca administracja amerykańska przedstawiła plan zreformowania systemu nadzoru i regulacji amerykańskich rynków finansowych. Diabeł leży w szczegółach, a jest ich z pewnością wiele w 88. stronicowym dokumencie (http://financialstability.gov/docs/regs/FinalReport_web.pdf ). Znane są jednak zarysy planu, które pozwalają na jego ocenę. Po pierwsze rząd chce, żeby zwiększona został znacznie rola Fed. Ma on nadzorować największe instytucje finansowe USA – takie, których upadek byłby groźny dla gospodarki amerykańskiej i całego systemu finansowego. Będzie mógł również pożyczać im pieniądze lub przejmować udziały, ale wyłącznie po uzyskaniu zgody Departamentu Skarbu. 

Po drugie powstać ma Consumer Financial Protection Agency (agencja finansowej ochrony konsumenta) nadzorująca kredytodawców, wystawców kart kredytowych i inne tego typu instytucje. Agencja ta ma chronić konsumentów przed nadużyciami ze strony instytucji rynku finansowego. Będzie mogła wymierzać grzywny i zezwalać stanom USA na uchylanie regulacji ostrzejszych od rozwiązań federalnych. Po trzecie ma powstać rada, w której skład wchodziliby przedstawiciele organów regulacyjnych (łącznie z Fed), której rolą byłoby uzgadnianie podejmowanych kroków i czuwanie nad całością systemu. 

Uzupełnieniem tych trzech filarów mają być kolejne regulacje. Rząd chce, żeby wzrosły wymagania odnośnie kapitału własnego instytucji finansowych. Chce też doprowadzić do zwiększenia przejrzystości funduszy hedżingowych. Regulacjami ma też zostać objęty rynek instrumentów pochodnych, które nie były dotychczas nimi objęte. Chodzi o derywaty, które można uznać za standaryzowane. Ich rozliczeniem miałaby się zająć nowa instytucja clearingowa. Wątpliwości wyraża nawet Mary Schapiro, szefowa SEC (komisja papierów wartościowych) twierdząc, że bardzo trudno jest odróżnić product standaryzowany od dopasowanego do klienta. Poza tym można się obawiać, że chcące uniknąć nadzoru instytucje będą tworzyły derywaty tak, żeby nie można je było zanuć za standaryzowane. 

Podobno 40 procent zysku takich firm jak Goldman Sachs, czy Morgan Stanley pochodzi właśnie z handlu derywatami, więc będą ona zwalczały wszelkie pomysły na regulacje rynku. Mam olbrzymie wątpliwości, żeby w efektywny sposób udało się uregulować rynek, który Bank of International Settlements (BIS) szacuje na około 600 tysięcy mld USD, a przecież tak naprawdę to on jest tą tykającą bombą mogącą wysadzić w powietrze system finansowy, o której już w 2002 roku mówił Warren Buffet (wtedy ten rynek był 6 razy mniejszy). Nie mówi się też w tym dokumencie o komputerowym, automatycznym inwestowaniu. Nie zapowiada się znacznego zwiększenia depozytów na rynkach kontraktowych. A przecież to właśnie tam są zalążki przyszłych kryzysów. 

Proponuje się jedynie, żeby, w celu zwiększenia odpowiedzialności instytucji finansowych, twórcy instrumentów pochodnych, takich jak obligacje bazujące na kredytach hipotecznych (CDO), mają być zobowiązani do zatrzymania pięcioprocentowego udziału w instrumentach bazowych (tak, żeby część ryzyka pozostała u nich). Tyle tylko, że to jest naprawdę minimalna część i nikogo to nie zniechęci do tworzenia „dziwnych” produktów. Propozycje zawierają też procedury postępowania w przypadkach takich jak AIG – kiedy upadek firmy może zagrozić całemu systemowi. To zdecydowanie jest dobry kierunek, ale nie wiemy, co z niego zostanie po pracach Kongresu. 

Niestety, to ma być reforma wyłącznie amerykańskich rynków finansowych. Unia Europejska będzie miała swoją reformę, a inne kraje być może coś w swoich przepisach zmienią, ale to wcale nie jest pewne. Takie, niejednolite reformy przypominać będą sieć z olbrzymi dziurami, przez które może przepłynąć niejeden finansowy wieloryb. Żyjemy wszakże w erze globalizacji, a kapitały z szybkości błyskawicy swobodnie przemieszczają się po całym globie. Poza tym większa władza Fed w tym nowym systemie wcale nie musi zwiększać jego bezpieczeństwa. Przecież rola Fed w wykreowaniu ostatnich dwóch baniek spekulacyjnych i w tolerowaniu budowania obecnego kryzysu była olbrzymia. Od zwiększenia posiadanej władzy nie przybędzie kompetencji i odwagi. Dodatkowo można wyrazić wątpliwość w to, czy wiele rozproszonych instytucji będzie w stanie sprawować efektywnie nadzór. 

I na koniec: wygląda na to, że w planach reformy nie ma powrotu do rozdziału bankowości inwestycyjnej i regularnej. Owszem, zapowiada się poddanie bankowości inwestycyjnej regulacjom, ale nie znalazłem w propozycjach dążenia do kompletnego rozdzielania instytucjonalnego działalności bankowej i inwestycyjnej. Przypominam, że taki rozdział został wprowadzony ustawą Glass-Steagalla w 1933 roku, a anulowany w listopadzie 1999 roku. Od tego właśnie momentu zaczęło się nieprzytomne zadłużania banków i „lewarowanie” na niespotykaną skalę. Anulowane tej ustawy było jedną z przyczyn kryzysu sektora finansowego, więc można tylko wyrazić olbrzymie zdumienie, że nie wrócono do dobrych rozwiązań. Spotkałem się z pytaniami ze strony ludzi całe lata działającymi na rynku finansowym, dlaczego takie rozwiązanie jest szkodliwe. Zdarzyło mi się nawet usłyszeć, że to, co było dobre dawniej nie musi się sprawdzać obecnie. 

Skoro takie są wątpliwości to może warto wytłumaczyć, o co chodzi. Ustawą Glass-Steagalla (wynik krachu lat 30. tych) doprowadziła do tego, że bank A musiał zajmować się tylko typować działalnością bankową. Bank B był bankiem inwestycyjnym, który ryzykował swoje i klientów pieniądze inwestując je na różnych rynkach. Jak widomo inwestycje są o wiele bardziej ryzykowne niż prosta działalność kredytowo-depozytowa, ale to właśnie ten ostatni, nudny biznes napędza gospodarkę. Załóżmy, że bank B upada, bo źle inwestował pieniądze. Bank A prowadzi jednak działalność nawet na jotę nie zmieniając swojej polityki. Jeśli połączymy bank A z B (stan po 1999 roku) to upadłość części B zaraża A i problem ma cały system, a za nim cała gospodarka. Jak można tego nie rozumieć?  

Pamiętać też trzeba o tym, że reformę planują ci sami ludzie, którzy od wielu lat należą do elity USA. Nierzadko są to osoby wcześniej bardzo silnie związane z rynkami finansowymi. Jest bardzo wątpliwe, żeby projektowane przez nich reformy zlikwidowały możliwość wyciągania nienależnych zysków przez różnego rodzaju fundusze, banki czy inne instytucje tego rynku. Dlatego też nie dotknięto sprawy wynagradzania zarządów spółek. I nie chodzi mi nawet o wysokość wynagrodzenia (w wielu wypadkach absurdalnie wysoką), czy o odprawy, a przede wszystkim o to, że wynagrodzenie zbyt mocno zależy (i będzie zależeć) od opcji na akcje przyznawane pracownikom. Zależność zarządu od ceny akcji prowadzi do szukania szybkich, krótkoterminowych zysków, do podejmowania nadmiernego ryzyka. Wszystko po to, żeby szybko zarobić tyle, żeby do końca życia wystarczyło posiadaczowi opcji i jego rodzinie (a może i wnukom). 

Niektórzy ekonomiści twierdzą, że wystarczy zmusić (przyjmując odpowiednie regulacje prawne) instytucje finansowe do utrzymywania odpowiedniego poziomu kapitału, żeby nie było potrzebne zwiększanie regulacji. Śmiem wątpić. Jeśli zmusi się inwestorów do zapewnienia odpowiednio dużego kapitału instytucji, której są udziałowcami (akcjonariuszami) to albo szybko sprzedadzą akcje i zainwestują kapitały w inną branżę albo będą dążyli do szybkiego odzyskanie zainwestowanego kapitału, a to zmusi zarządy do podejmowania nadmiernego ryzyka i znowu wrócimy do punktu wyjścia. 

Nie należy też wierzyć w to, że nawet te (niezbyt ambitne) zamierzenia administracji Baracka Obamy zostaną przyjęte przez Kongres. Już słychać o buncie (nawet w szeregach Demokratów). Spotkanie Timothy Geithnera, sekretarza skarbu USA z senacką komisją Kongresu ds. bankowości pokazało, że proponowane rozwiązania mają w Kongresie wielu potężnych wrogów. Mówi się, że rynek będzie przeregulowany, że Fed dostanie zbyt dużo władzy, że rząd będzie się za bardzo wtrącał do działania rynków. Po części to jest prawda, bo na przykład Rezerwa Federalna jest instytucją prywatna, niekontrolowaną przez nikogo i nieodpowiadającą przed nikim, ale po większej części to jedynie pretekst. Protestuje też sam Fed, bo projekt zakłada „przegląd” struktury Fed i obsady 12 regionalnych banków Fed. To bardzo się członkom Fed nie podoba, bo boją się utraty niezależności. Bardzo niezadowolone jest American Bankers Association (stowarzyszenie bankowców), bo obawia się, że Consumer Financial Protection Agency będzie nadmiernie ingerowała w działalność banków. 

Jak widać bardzo wielu jest przeciwników nawet tak umiarkowanych regulacji. To są potężni przeciwnicy, a mają przecież równie potężnych sojuszników. W końcu blisko 40 tysięcy lobbystów działających w USA musi zarobić na swój chleb, a sektor finansowy ma czym płacić i bardzo nie chce zwiększenia regulacji. Można przyjąć zakład, że to, co dostanie w końcu roku (tak się zakłada) do podpisu Barack Obama będzie się znacznie różniło od oryginału. Będzie też bardzo ładnie wyglądało, ale pożytki wynikające z takich regulacji mogą być tylko pozorne lub w najlepszym razie częściowe. Podobno zawsze lepiej jest mieć coś niż nic, ale w tym przypadku to „coś” może nawet szkodzić, bo uspokaja, a chyba nie powinno.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński