Na poboczu giełdowych zawirowań

Zawsze przypominam, że forma tego blogu nie predestynuje go do roli miejsca, gdzie umieszcza się komentarze giełdowe (oczywiście komentarze Czytelników to już zupełnie inna historia). Dlatego też te kilka uwag, które poniżej pomieszczę nie są ani analizami, ani prognozami. Jeśli na rynkach dzieje niecoś nadzwyczajnego to wokół nich dzieją się zawsze ciekawe rzeczy.

Po piątkowej sesji w USA (znowu spadkowej) pojawiło się wiele postaci, które usiłowały uratować rynki przed dalszą przeceną. Na przykład Ben Bernanke, szef Fed wypowiadając się o wpływie globalizacji powiedział co prawda, że może ona wpływać na podwyższenie inflacji (ja mam inne zdanie na ten temat) ale powiedział również, że Fed prawdopodobnie przeszacowuje wartość inflacji CPI. Powiedział też, że Fed ma narzędzia, które „ w mogą bardzo mocno wpływać na krajowy rynek akcji”, zupełnie niedwuznacznie sygnalizując, że Rezerwa Federalna może podjąć kroki w celu uratowania giełdy przed przeceną. Stwierdził też, że rynek kredytów udzielanych niezbyt wiarogodnym kredytobiorcom jest w dobre formie, a Fed sytuację na nim monitoruje. W właśnie kondycja tego segmentu działalności kredytodawców była ostatnio jedną z przyczyn przeceny. Przesłanie było więc proste: nie obawiajcie się, Fed czuwa. Wypowiedział się też Henry Paulson, sekretarz skarbu USA. Stwierdził, że sytuacja na rynku akcji nie odzwierciedla mocnych fundamentów gospodarki. Wtórował mu Rodrigo Rato, dyrektor IMF. Ten z kolei oświadczył, że światowa gospodarka stoi na mocnych fundamentach, a zmienność akcji jest rzeczą normalną. Powiedział też, że zawsze trzeba brać pod uwagę to, że indeksy giełdowe mogą spadać.

Taka ilość podpierających rynek wypowiedzi sygnalizuje tylko jedno: wielcy tego świata są bardzo zaniepokojeni tym, co dzieje się na giełdach i obawiają się o przyszłość. Prawdę mówiąc taka intensywna próba ratowania rynku przypomina mi to, co podobno działo się w 1929 roku, kiedy to doszło do Wielkiego Krachu. Wtedy również wszyscy ratowali rynek. Jest jeszcze jedno podobieństwo. Wtedy podobno zawiodły środki łączności. Blokowały się telefony, a ludzie nie mogąc sprzedać akcji wpadli w panikę. We wtorek 27.02, kiedy przez rynki przetoczyła się pierwsza fala wyprzedaży odnotowano w USA trudności ze sprzedażą akcji przez Internet, a notowania indeksu DJIA w niektórych momentach nie odzwierciedlały sytuacji rynkowej. System nie wytrzymywał. Włączono komputerowy system rezerwowy i wszystko skończyło się w miarę dobrze (od strony zapewnienia ciągłości notowań). Czy następną falę wyprzedaży technika wytrzyma? Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli tego sprawdzać.

Niepokoi mnie też coś, co w czasie weekendu media nazwały odpornością polskich inwestorów, Okazało się, że w zeszłym tygodniu, w czasie trwania przeceny do niektórych funduszy popłynęła rzeka nowych wpłat. Szczególnie dotyczy to funduszy małych i średnich przedsiębiorstw. Polacy chcą, korzystając z przeceny, kupić „tanie” akcje. Przypominam sobie, jak w latach 1993/94 wielu z nas, graczy giełdowych, jeździło po punktach obsługi klienta i patrzyło, co stojący w kolejce ludzie trzymają w rękach. Jeśli były to w olbrzymiej większości zlecenia sprzedaży to składaliśmy zlecenia kupna, jeśli kolejkowicze trzymali zlecenia kupna (zlecenia kupna i sprzedaży różniły się kolorem) to składaliśmy zlecenia sprzedaży. To się zawsze sprawdzało. Mali inwestorzy rzadko kiedy mają rację.

Dla mnie ten napływ kapitału jest (na dłuższą metę) sygnałem ostrzegawczym. Tyle tylko, że jeszcze gorzej byłoby, gdyby polscy inwestorzy „spanikowali”. Umarzając jednostki funduszy doprowadziliby wtedy do wymuszonej wyprzedaży. Fundusze po prostu musiałyby albo sprzedawać akcje po to, żeby zwrócić gotówkę albo zaciągnąć kredyty, do czego zapewne niezbyt by się paliły. Oliwy do ognia dolewają informacje mówiące o tym, że od chwili złożenia zlecania umorzenia jednostek do chwili jego realizacji może upłynąć nawet siedem dni. To odgrywa role quasi-niemożności złożenia zlecenia, co tak podgrzało nastroje na Wall Street w 1929 roku.

Daleko mi do tego, żeby prognozować krach podobny do tego z 1929 roku. Dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi i zapewne następny krach (kiedyś z pewnością nastąpi) będzie miał zupełnie inne przyczyny, ale warto pamiętać, że pojawiają się sygnały ostrzegawcze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński