Następca tylko poadministruje

Donald Tusk ujawni w środę nazwisko kandydata na nowego prezesa Rady Ministrów

Następca tylko poadministruje 2

FOT. ARC

Nie w zadeklarowany wtorek, lecz raczej w środę premier Donald Tusk będzie gotowy do ogłoszenia harmonogramu swojego odchodzenia ze stanowiska oraz do ujawnienia nazwiska kandydata na nowego prezesa Rady Ministrów. Ponieważ będzie to następca z rekomendacji jedynowładcy Platformy Obywatelskiej, automatycznie akceptowany przez całą partię oraz przez koalicyjne Polskie Stronnictwo Ludowe — poznamy wtedy po prostu premiera, który ma dociągnąć układ rządowy do wyborów we wrześniu 2015 r.

O tym, kto zostanie namaszczony i dlaczego Ewa Kopacz — będzie jeszcze okazja napisać. Zwłaszcza że dotychczasową marszałek Sejmu czeka doskonale jej znana procedura przedstawienia programu działania Rady Ministrów wraz z wnioskiem o udzielenie przez izbę wotum zaufania. Przy oczywistej mobilizacji koalicjantów nie będzie z tym problemów, podobnie jak nie było w epoce Donalda Tuska. Ciekawsze merytorycznie jest pytanie, czy formalne exposé, dotyczące dokończenia kadencji, będzie w jakikolwiek sposób różniło się od nieformalnego, które premier wygłosił zaledwie trzy doby przed powołaniem go na przewodniczącego Rady Europejskiej.

Procedura wymiany szefa rządu jest dokładnie opisana w Konstytucji RP. Premier Donald Tusk złoży dymisję na ręce prezydenta Bronisława Komorowskiego, a po jej przyjęciu rząd otrzyma misję technicznego pełnienia obowiązków. Nie potrwa to długo, albowiem głowa państwa po chwili powoła wskazanego przez koalicję nowego premiera, a później na jego wniosek — ministrów. Wypada przypomnieć, że istnieje jeszcze druga ścieżka proceduralna, mająca jednak pejoratywne zabarwienie wizerunkowe. To tzw. konstruktywne wotum nieufności, czyli wymiana przez Sejm w jednym głosowaniu premiera dotychczasowego na nowego.

Nieudolną próbę przerabialiśmy już dwukrotnie, gdy prezes Jarosław Kaczyński forsował kandydaturę Piotra Glińskiego. Po klęsce tej inicjatywy logiczne jest pytanie, po co taka ścieżka w ogóle istnieje, skoro wymaga w Sejmie większości. Otóż przydaje się w dwóch patowych sytuacjach: gdy urzędujący premier sprzeniewierzy się własnej partii, utrzymującej stabilną większość, a nie chce dobrowolnie ustąpić; gdy prezydent nie akceptuje nowego premiera, jako że w takim trybie głowa państwa jest całkowicie wyłączona z łańcucha decyzyjnego i niechcianemu premierowi po prostu musi wręczyć akt powołania.

W obecnej sytuacji politycznej na szczytach państwa takie kwasy to oczywiście abstrakcja, procedura zostanie wręcz polukrowana. Wyłącznie od Donalda Tuska zależy, kiedy odda premierostwo. Wybory samorządowe odbywają się w niedzielę 16 listopada, a do pracy przy rondzie Schumana w Brukseli ma stawić się w poniedziałek 1 grudnia, aby przejąć papiery i gabinet od Hermana Van Rompuya. Donald Tusk na pewno nie odpuści aktywnego udziału w kampanii wyborczej, można zatem domniemywać, że zmiana szefa rządu nastąpi między dwoma podanymi datami. Co oznacza, że nie tylko założenia, lecz także formalny projekt budżetu na 2015 r. będzie jego autorskim dziełem. Następcy tak naprawdę przyjdzie Polską jedynie poadministrować, i to nawet nie przez rok, lecz zaledwie przez dziesięć miesięcy.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski