Niskie podatki nie są jedyną przyczyną sukcesu gospodarczego

W Internecie panuje pogląd, że samo obniżenie obciążeń podatkowych prawie automatycznie wpływa zwiększenie PKB. Niskie podatki są dobre i pożądane, ale wcale nie gwarantują sukcesu gospodarczego.  [Uwaga, ten tekst nie jest zachętą do podwyżki podatków tylko rewiduje pogląd, że niskie podatki są jedyną przyczyną bogactwa niektórych narodów]

Modele ekonomiczne pięknie wyglądają na papierze. Kłopot z nimi polega na tym, że większość nie sprawdza się w praktyce lub ich zastosowanie może przynosić zupełnie inne wyniki od przewidywanych. Spowodowane jest to tym, że niemożliwym jest ujęcie w modelu wszystkich możliwych strumieni informacji, danych, itp., oraz matematyczne dokładne zbadanie ich wpływu na poszczególne zmienne.

Ekonomia jest nauką społeczną, która posiłkuje się matematyką. W teorii językiem tym można zapisać wszystko. W praktyce każdy człowiek jest inny i na swój sposób nieprzewidywalny. Dlatego m.in. w modelach ekonomicznych stosuje się założenie ceteris paribus, co oznacza „wszystko inne stałe”. Wbrew pozorom jest to najważniejsza lekcja ekonomii.

Inaczej mówiąc – określony model sprawdzi się w praktyce pod warunkiem, że implementując go do realnej gospodarki pozostałe niewpisane lub nieodkryte w modelu zmienne będą miały stałą, przewidywalną wartość.

Często porównujemy się do innych, bo szukamy punktu odniesienia

Głęboko wierzymy, że to co jest dobre np. w Niemczech lub w Japonii podobnie sprawdzi się także u nas. Niestety, może być zupełnie inaczej. Każdy z nas popełnia ten błąd i w zasadzie nie ma w tym nic złego.

Każde państwo jest inne. Różni się położeniem, liczbą ludności, poziomem edukacji, posiadanych zasobów naturalnych, kulturą, historią, itp. Nie ma dwóch takich samych państw, społeczeństw i ludzi. Dlatego sprawdzone w danych krajach rozwiązania w pewnym sensie są jak szyty na miarę garnitur, który może na innym mężczyźnie leżeć dobrze, ale nie będzie idealny. Z resztą istnieje zagrożenie, że w ogóle  nie będzie na niego pasować.

Dlaczego zatem twierdzenie, że niskie podatki automatycznie prowadzą do wzrostu PKB jest błędne?

M.in. dlatego, że w zbiorowości wszystkich państw świata, a jest to stosunkowo niewielka liczba, znajdziemy takie, gdzie podatki są na bardzo wysokim poziomie i jednocześnie odnoszą sukces gospodarczy, a także państwa, gdzie podatki są bardzo niskie, ale daleko im do sukcesu. Przykładowo w pierwszej dziesiątce państw o najniższych podatkach znajdziemy Zambię (dawną Rodezję Północną), gdzie PKB na osobę to tylko 1470 dolarów.

Ogólnie w pierwszej dziesiątce rankingu Doing Business pod względem wielkości opodatkowania znajdziemy aż 5 państw arabskich, które czerpią największe korzyści z wydobycia i eksportu ropy naftowej. Bogate w surowce państwa stać na to, by oszczędzić obywatelom przykrego obowiązku płacenia podatków. Najniższy poziom opodatkowania mamy w Macedonii, ale czy ktokolwiek stawiałby ten kraj za wzór gospodarczego sukcesu?

Gospodarcze giganty

Ktoś znany twierdzi, że USA w XIX wieku rozwijało się dynamicznie, bo wówczas suma obciążeń podatkowych wynosiła 3%. Czyli nagły wysyp przedsiębiorców w tym kraju spowodowany był tylko niskim opodatkowaniem? Nie. W grę wchodziły też takie czynniki jak kultura, surowce, wielkość, polityka regionalna czy nawet brak wielkich zagrożeń z zewnątrz. Bo dlaczego Meksyk nie jest jeszcze bogatszy? Bo historia potoczyła się inaczej. Podatki nie miały tu tak wielkiego znaczenia jak wojny domowe, kiepscy przywódcy, poziom wykształcenia obywateli, religia, itd.

W Chinach stopa opodatkowania to ponad 62% (wg przyjętej przez Bank Światowy metodologii). Do grona krajów z wysokimi podatkami zaliczymy tez Francję, Indie, Włochy, Austrię,  Szwecję, Japonię, Niemcy, itd. USA zajmują miejsce między Wybrzeżem Kości Słoniowej, a Gwineą Bissau.

Słowem, niskie podatki nie są główną przyczyną sukcesu gospodarczego, co wcale nie oznacza, że nie mają na niego wpływu. I nie jest to zachęta do zwiększenia poziomu obciążeń fiskalnych – takich wniosków również nie wolno wyciągać, ale zapewne znajdą się tacy, którzy właśnie to zrobią.

Bo, często operujemy na takich prostych korelacjach – jesteśmy przekonani, że zmiana jednego czynnika automatycznie wpływa na polepszenie wartości pozostałych i odwrotnie. Tak wcale nie musi być. Niektórych procesów czasem nie da się odwrócić.

Naturalnie dobrze byłoby obniżyć w Polsce podatki. Jednak nie da się tego zrobić od tak. Każde działanie niesie za sobą pewne konsekwencje, np. gdybyśmy dzisiaj całkowicie zrezygnowali z VAT-u i akcyzy to jutro państwo polskie stałoby się niewypłacalne, bo w budżecie zabrakłoby prawie 200 mld zł. Niestety, większość wydatków w budżecie państwa ma charakter ustawowy, a to oznacza, że zrezygnowanie z nich wymaga zmian w prawie, likwidacji szeregu instytucji, pomocy społecznej i transferów dla ludności, np. obniżki emerytur.

Zmiany rozkłada się w czasie

Jest to wykonalne, ale takie zmiany rozkłada się w czasie, bo inaczej ludzie zaczynają wychodzić na ulicę. Siedząc przed komputerem i pisząc komentarze łatwo stwierdzić, że ludzie mają wziąć się za siebie, bo w końcu mają szanse. Ilu „szeryfów” powiedziałoby to w twarz człowiekowi, który stracił pracę po 25 latach tylko na skutek decyzji politycznej? Za co wyprawi dziecku komunie, itp.? Nie ma prostych rozwiązań.

Dlatego czasami politycy, a zwłaszcza rządzący muszą działać w cieniu i pewne wielkie zmiany wprowadzać metodą małych kroków. Dla większości są one niezauważalne, ale w końcowym rozrachunku efekt jest podobny.  Otwartym pozostaje pytanie, czy oni mają plan, czy działają chaotycznie, a Polska to taki rozpadający się statek, który co prawda płynie, ale po drodze gubi elementy konstrukcyjne.

Tylko nieodpowiedzialny populista natychmiast obniżyłby podatki bez reformy systemowej. Tak samo jak nie można głodującego nakarmić od razu do syta, bo umrze – tak samo nie wolno postępować z gospodarką, np. od jutra nie wypłacamy emerytur. To co? Od jutra muszę swojej babci wysyłać pieniądze, ubezpieczyć, kupić bilet, itd. Ja wiem i Państwo pewnie też wiedzieliby co w tej sytuacji czynić. Ale co z tymi, którzy nie wiedzą, a zaręczam, że tacy ludzie istnieją? Przedwiośnie, stara stodoła i dobranoc?

Np. bardzo chcielibyśmy znów wprowadzić w Polsce ustawę Wilczka. Chcielibyśmy, ale taka nagła zmiana prawdopodobnie teraz byłaby bardziej bolesna dla sporej części społeczeństwa (niektórzy uważają, że pasożytującej) niż transformacja ustrojowa z początku lat 90’tych. Dodajmy do tego fakt, że na skutek globalizacji polska gospodarka odczuwa w mniejszym lub większym stopniu zachodzące zmiany ekonomiczne np. na wyspach Pacyfiku i odwrotnie.

W pewnym sensie mamy do czynienia z „ekonomicznym efektem motyla” . Oznacza to, że nawet w doktrynie musimy być elastyczni i umiejętnie reagować na wszystkie procesy zachodzące na rynku, bo taki efekt może być zarówno pozytywny, jak i negatywny. Ten drugi skutek z reguły wywołuje agresję. Dlatego państwa stawiają teraz na harmonizację systemów podatkowych, by nie tworzyć sztucznych tworów na gospodarczej mapie świata.

Mityczna Krzywa Laffera

I teraz przyszedł w końcu czas na tzw. Krzywą Laffera zgodnie, z którą zbyt wysokie opodatkowanie powoduje ukrycie dochodów przez obywateli, co w efekcie prowadzi do obniżenia wpływów do budżetu państwa. Jest to logiczne i być może nawet krzywa ta ma zastosowanie w określonych warunkach. Jednak w superszczelnym systemie podatkowym jedynym ograniczeniem byłaby tzw. przykrość pracy, tzn. ludzie tak długo godziliby się płacić wszystkie, nawet najwyższe podatki, jak długo praca wciąż im się opłaca. Przy takim założeniu „superszczelności” Krzywa Laffera wygląda zupełnie inaczej.

Po zachowaniu polskiego fiskusa można wnioskować, że dąży on właśnie do maksymalnego uszczelnienia systemu podatkowego i bezwzględnej walki z szarą strefą. Kto powiedział, że analitycy resortu finansów nie potrafią liczyć i np. nie zdają sobie sprawy, że do punktu optimum nam jeszcze daleko? Kto tez twierdzi, że zmniejszone wpływy z VAT wprost wynikają z podwyżki tego podatku?

Naturalnie o wiele lepiej żyłoby się w kraju, w którym państwo nie zabiera ponad połowy dochodów. Jednak chyba najlepiej żyje się tam, gdzie podatki po prostu są proste, a państwo nie zaskakuje obywatela absurdalnymi komplikacjami w ich rozliczaniu. Niestety, czasami odnoszę wrażenie, że liczba Józefów K. w Polsce wynosi ok. 37 mln osób.

Osobiście uważam, że polskim problemem jest fakt, że biedni ludzie muszą bardzo dużo oddawać państwu. Nie stać ich na to, dlatego jest im tak źle. Z drugiej strony – tak naprawdę nikogo nie stać na podatki, ale nie może być tak, że system fiskalny dusi, tłamsi i ogranicza tych, którym później musi pomagać.  Dlatego my musimy kroić swój własny garnitur oczywiście pamiętając o tym, by za niego nie przepłacić.

/Piechowiak

 

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak