O obronie ziemi polskiej

Jeśli historia jest nauczycielką życia, jak niektórzy utrzymują, to pouczać musi iż Polacy zawsze dobre wychodzili trzymając się tych trzech rzeczy: a) ziemi, b) broni i c) wiary. I zawsze gdy czegoś z tego brakowało to na ogół dostawali poniżej kręgosłupa. Może więc niezupełnie polit-poprawnie ale nie mamy specjalnych oporów przed hasłem „Polska (ziemia, w zasadzie) dla Polaków”. Żadne multi-kulti, żaden Islam, żaden marksizm kulturowy, żadne słupy, żadne lewe „prywatyzacje”.

Ale jest jeszcze czwarta rzecz której trzymając się Polacy wychodzili zawsze dobrze – d) skrajna nieufność wobec poczynań rządów. Rządy bywały różne, rzadko które działające w interesie narodu, częściej mocarstw ościennych, choć strojąc się w piórka obrońców a to ziemi polskiej, a to interesu narodowego. Skoro więc mamy nowy rząd który pod pretekstem zagrożenia wykupem ziemi rolnej przez Niemców zaczyna od drastycznego ograniczenia dostępu do ziemi polskiej Polakom to pewna podejrzliwość jest wskazana. Nie tędy droga.

Nie słyszano także aby PiS propagował zarazem powszechny dostęp do broni palnej, co podejrzenia te wzmacnia. Skoro bowiem ktoś rzeczywiście czyha na ziemię polską, to czy nie jest pierwszym odruchem obronnym uzbrojenie się? Czym w końcu przywitać mamy obcych maszerujących znowu po ziemię polską? Chlebem i solą? Bez broni wszystkie buńczuczne zapewnienia rządowe typu „ani guzika” czy „po naszym trupie” mogą okazać się znowu trywialne proste do zrealizowania dla uzbrojonego agresora przy znowu bezbronnej ofierze.

Pierwszą sensowną rzeczą w obronie ziemi polskiej wydaje się przeto wyrzucenie projektu niewydarzonej PiS-owskiej ustawy o „ustroju rolnym” do kosza, i zastąpienie jej wersją skróconą oraz gruntownie przeredagowaną. Nowa wersja ustawy powinna gwarantować wszystkim Polakom swobodę transakcji ziemią do 10 ha, kropka. Stanowi to akurat średni areał pod uprawą w gospodarstwie rolnym obecnie w Polsce. Warunek jest jeden: obie strony transakcji muszą  mieć obywatelstwo polskie.  A może dodać do tego również że kupiec musi legalnie posiadać broń palną aby swojego nowego nabytku bronić? Bo przecież albo na poważnie bronimy czegoś albo nie. Najlepszą obroną ziemi polskiej jest uzbrojony Polak na niej urzędujący i mający w niej swój ekonomiczny interes.

Owszem, pewne ograniczenia w ustawie, takie jak wymagana zgoda lokalnej administracji kiedy jedna ze stron transakcji w nieruchomościach nie jest polska (rzecz znana w wielu krajach, m.in. w Szwajcarii), przeciwdziałanie zbytniej koncentracji gruntów, czy też kontrola państwa nad mega transakcjami powyżej 1000 ha są zrozumiałe i nie budzą większych kontrowersji. Kontrowersje wzbudza natomiast sama idea że nie każdy Polak w swoim własnym kraju może kupić sobie kawałek łąki, choćby poza rodzinnymi piknikami nic na niej nie robił, jest anty polskim gniotem sygnowanym niefortunnie przez pro-polską  podobno partię przy władzy.

Innym bezdennie głupim posunięciem PiS-u jest wylanie dziecka z kąpielą, czym jest praktyczne zlikwidowanie, a nie tylko rozumne ograniczenie, wolnego obrotu ziemią. Czym innym jest kontrola nad wykupem państwowej ziemi w tysiącach hektarów (ile takich kawałków zostało to inna sprawa) przez niezupełnie przejrzyste obce interesy. Zupełnie czym innym jest natomiast hurtowe ograniczenie potencjalnych kupców kawałków gruntu do namaszczonych przez PiS, wąsko rozumianych „rolników”, oraz narzucenie prawa pierwokupu przez państwo nawet na mikroskopijne kawałki gruntu już od 1 hektara. Jak się też ma do „obrony ziemi polskiej” praktyczny zakaz jej dziedziczenia przez polskie dzieci polskich rodziców, zastąpiony dowolnością decyzji lokalnego kacyka którym stać się musi namaszczony przez PiS gauleiter regionalnego oddziału ANR?

Nie ma to wszystko nic wspólnego z bronieniem ziemi polskiej przed „Niemcem” czy przed innymi zagrożeniami. Ma wszystko wspólne z obłędną wiarą rządzącej partii w to że niższe ceny gruntu rolnego są w czyimkolwiek interesie. Nie są, poza może czasowym wyjątkiem lokalnych sitw małorolnych liczących na tańsze dotarcie do dopłat w czasie jaki pozostał im do zmiany rządu. Ten socjalistyczny obłęd  „korzystnych” niższych cen dzięki eliminacji wolnego rynku obróci się przede wszystkim przeciwko samym rolnikom, zwłaszcza poważnym gospodarzom zainteresowanym w ekspansji swoich gospodarstw na których powinno państwu specjalnie zależeć.  Można spodziewać się że banki zakwestionują  dużo tańszy i objęty ograniczeniami obrotu grunt jako zabezpieczenie kredytu przy dalszych transakcjach ziemią.

Że nie wspomnimy tutaj nawet o odnoszących sukces gospodarstwach rodzinnych ponad 300 ha, które w ramach rządzącej ortodoksji podpadną od razu pod paragraf o „kułactwie” i wrogiej spekulacji…  😉

 

cynik9