Obiecanki, cacanki, a niektórym radość

W minionym tygodniu wicepremier Zyta Gilowska zwołała konferencję prasową, żeby przedstawić plan reform finansów. Ciekawostką było to, że media potraktowały propozycje pani profesor z dużą wstrzemięźliwością. Tym razem sprawozdania z konferencji nie wylądowały na pierwszych stronach i prawdę mówiąc trudno się temu dziwić. Tyle już przecież było obietnic i nic z nich nie wyszło. 

Chciałbym jednak wrócić do tej „reformy” (bez cudzysłowu trudno o niej pisać), bo mam olbrzymie wątpliwości, co ministerstwo chce osiągnąć redukując składkę rentową (dwa razy – w 2008 i 2009 roku po 3 punkty procentowe). Ma to podobno zmniejszyć bezrobocie i zostawić nam w kieszeniach więcej pieniędzy. Nie wiemy co prawda jaki będzie podział tej ulgi między pracodawcę, a pracownika (teraz płacą 13 procent po połowie), a przecież obowiązujące proporcje nie muszą być zachowane. Jeśli nie ulegną zmianie to przy obecnej składce średnio zarabiający pracownik płaciłby nieco poniżej 200 zł. Tyle samo dokładałby pracodawca. Po zmianach docelowych (w 2009 roku) płaciliby po około 110 zł. (przy założeniu, że wynagrodzenie nie wzrosną). Średnio zarabiający pracownik zyskałby więc 90 złotych brutto. Tyle też przybyłoby w kasie firmy – pracodawcy.

Można postawić dwa pytania: czy takie zmniejszenie klina płacowego (różnica między tym, co wydaje pracodawca, a tym, co dostajemy netto) zmniejszy bezrobocie i czy jest nas na takie zmiany stać. Ja stawiam tezę, że propozycja wicepremier Gilowskiej jest albo economic fiction albo gigantyczną pułapką albo jednym i drugim. Dlaczego economic fiction? Po pierwsze dlatego, że nie wierzę, żeby pracodawca zatrudniał nowych pracowników tylko dlatego, że będzie nieco mniej za nich płacił. Będzie zatrudniał, jeśli popyt na jego produkty będzie rósł i to bez względu na to, czy klin się zmniejszy czy nie. Jeśli popyt spadnie to i tak będzie zwalniał. Jakiś, minimalny wpływ pewnie da się zaobserwować, ale będzie ona niewielki. Pewne jest jedno – zysk firm wzrośnie. Już słyszę jak mówicie, że przecież, jeśli zmniejszą się koszty to firmy obniżą ceny. Już to widzę…Ja w to po prostu nie wierzę, ale to jest jednak tylko kwestia wiary, wiec trudno o tym dyskutować.

Po drugie w 2009 roku mamy płacić dwie stawki podatku PIT (18 i 32 procent), z czego wynika, że 99 procent zatrudnionych (przy założeniu progu między 18 a 32 procent w okolicach 100 tys. zł. rocznie) będzie płaciło 18 procent. Ubytek w budżecie państwa w latach 2008 – 2009 ze skumulowania obniżki klina i zmiany skali podatkowej ekonomiści oceniają na ponad 20 mld złotych. Pani wicepremier na pytanie jak to zostanie sfinansowane odpowiedziała, że „wzrostem gospodarczym”. Inaczej mówiąc nie myśli o żadnej obniżce wydatków. Wszystko ma się „samo zrobić”. Tyle tylko, że gospodarka rynkowa przeżywa wzloty i upadki. Po cyklu ożywienia przychodzi stagnacja lub nawet recesja. Ekonomiści ostrzegają, że takiego, cyklicznego osłabienia możemy doświadczyć już w 2008/2009 roku. Skąd wtedy pieniądze do budżetu? Jak ma być finansowany system emerytalny, który już w tej chwili robi bokami skoro Rober Gwiazdowski, przewodniczący rady nadzorczej ZUS, twierdzi, że firma ta idzie prostą drogą ku katastrofie? Uważam, że zapowiedzi równoczesnego zmniejszenie składki rentowej i reformy podatków PIT są właśnie przejawem tej economic fiction.

Zauważmy, że szczyt tych zmian ma przypaść na rok 2009, czyli na rok wyborczy. Może więc mamy do czynienia z zastawianiem gigantycznej pułapki? W roku wyborczym obniżamy klin, zmniejszamy podatki z PIT, a konsekwencje i konieczne zaciskanie pasa zostawimy następcom? Ciekawa koncepcja, nieprawdaż? Tyle tylko, że kto dołki (tu chyba olbrzymi dół) kopie ten sam w nie może wpaść, bo wcale nie jest pewne, że koalicja oparta o PiS nie wygra kolejnych wyborów. Można sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której Kazimierz Marcinkiewicz nie zostaje jednak szefem PKO BP (gdyby został to konkurs byłby obśmiewany przez wszystkie media) i razem z Janem Rokitą zakłada rzeczywiście nową partię (podobno 44 procent Polaków popiera taką inicjatywę). Po wyborach taka partia mogłaby spokojnie wejść w koalicję z PiS. Nawiasem mówiąc profesor Gilowska twierdzi, że tylko dlatego klin podatkowy nie został w 2006 roku zmniejszony, bo w czasie kiedy podejmowano decyzje nie było jej w rządzie. Zastanawiam się, co się stanie, jeśli trzeba będzie podejmować decyzje uderzające w dochody budżetu (a przez to i wydatki) w czasie rządów obecnej koalicji lub wtedy, jeśli sondaże będą dawały dużą szansę na wygraną. Czy wtedy pani wicepremier pójdzie na miesięczny urlop po to, żeby można było powiedzieć, że to nie ona kolejny raz złamała obietnice?

Jedno jest pewne – nie da się nalać z pustego w próżne. Jeśli rzeczywiście dojdzie do obniżenia klina i podatków PIT to trzeba będzie za to zapłacić w inny sposób. Jeśli nie będziemy ograniczali wydatków (a zapewne nie będziemy), nie zreformujemy na przykład KRUS- u (nie zreformujemy, bo kto będzie chciał narazić się rolnikom) to fiskus sięgnie w inny sposób do naszej kieszeni i wcale nie jest pewne, że nie wyjmie z niej więcej niż obiecuje, że włoży.

Miałem zamiar jeszcze napisać o propozycji następnego profesora (Zbigniew Religi), który chce, żeby można było się dodatkowo ubezpieczyć, ale skoro premier Jarosław Kaczyński skrytykował ten pomyśl to znaczy, że już go nie ma. A byłoby o czym pisać… Może zresztą pomysł w innej formie jeszcze wróci, a ja będę miał pożywkę po powrocie z urlopu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński