Pięc lat temu

Właśnie „obchodzimy” piątą rocznicę upadku Lehmana. W prasie światowej i polskiej okolicznościowe wspominki i analizy „po” pięciu latach. Wielu komentuje w nadziei, że nikt nie pamięta co pisali pięć lat temu, a już tym bardziej sześć, czy siedem.

Pięc lat temu

Ja nie będę pisał nic nowego, bo się nic od tamtego czasu nie zmieniło – ani w polityce rządów, ani w polityce banków, ani w polityce makroekonomistów, adwokatów i różnych analityków. Z okazji rocznicy pozwolę sobie przypomnieć co pisałem wtedy:

 

16.09.2008:

Po bankructwie „Braci Lehmańskich” w telewizorach na całym świecie pełno gadających głów tak zwanych „analityków finansowych”, którzy nie bardzo wiedzą co mówić. Więc plotą o kryzysie. A to nie kryzys. To rezultat – że pozwolę sobie sparafrazować nieodżałowanego Kisiela. Od czasu gdy wypowiedział on tę sentencję w odniesieniu do kryzysu w gospodarce socjalistycznej nic się nie zmieniło. Również w przypadku socjalizmu panującego na Giełdzie Nowojorskiej.     Oczywiście nie brakuje dziś deklaracji różnych guru „alterglobalizmu”, którzy obwieścili, że sprawdzają się właśnie ich przewidywania o kryzysie „neoliberalizmu” i gospodarki „wolnorynkowej”!!! Winą za „kryzys” obarczyli administrację Busha „za brak nadzoru” i nadmierną „liberalizację” „rynków finansowych”.

Karol Marks twierdził, że w kapitalizmie mamy do czynienia z kryzysem nadprodukcji. Więc ciśnie mi się pytanie: czegoż to mamy dziś za dużo? Instrumentów pochodnych, derywatów, futursów i innych takich. Tylko co one mają wspólnego z liberalizmem i wolnym rynkiem, na którym pieniądz jest jedynie miernikiem wartości a nie wartością samą w sobie? Karol Marks miał zdaje się rację w jednym: władzę bankierów powinna zmieść jakaś rewolucja. Ale na to się, niestety nie zanosi. Dziś ci, którzy nie zdążyli się „zapakować” w kredyty subprime – i bardzo tego żałowali – odgrywają rolę „mędrców”, którzy byli ostrożni i teraz zastąpią „skompromitowanych” menadżerów bankowych.

„…Nie pieniądz ale tylko reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa” – pisał Adam Smith w „Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. Ale to przecież było ponad 200 lat temu. Ten właśnie argument, że nie możemy się „cofnąć” w ekonomii do połowy osiemnastego wieku, pozwalał przez ostatnie lata przedstawicielom „rynków finansowych” ramię w ramię z przedstawicielami „alterglobalistów” i innych komunistów, dyskredytować poglądy zarówno klasycznej szkoły manchesterskiej, jak i austriackiej (choć to już była połowa dwudziestego wieku) i pompować kolejne bański spekulacyjne w imię teorii, że wszystko można wyprodukować, pod warunkiem, że ktoś to kupi. Zgodnie z tą teorią tworzono różne „instrumenty pochodne”, żeby ludzie mogli „kupować”. Problem polega jednak na tym, że w dłuższej perspektywie w „realu” siła naszego popytu wynosi tyle, ile wartość dóbr lub usług przez nas dostarczonych na rynek, a nie tyle, ile ktoś nam zapisze w jakimś komputerze „świadectw udziałowych”.

P.S. Czy zwróciliście Państwo uwagę, że ofertę Bank of America nabycia akcji Merrill Lynch przyjął…. zarząd „Merrilla”. A taki naiwny „wolnorynkowy liberał” pewnie sądzi, że akcje to mają akcjonariusze – a zarządy to tylko zarządzają!

Kilka dni temu poszedłem sobie na lunch robiąc przy okazji „prasówkę” i musiałem się bardzo starać, żeby nie słyszeć co facet przy stoliku obok wygadywał do kilku słuchających go osób na temat inwestycji w nowe „struktury” – czyli różne „strukturyzowane produkty finansowe”. Dotąd korzystały z nich jedynie „instytucje finansowe”. Tak, tak… Lehman and „consortes”. Dziś zaczęto je oferować klientom indywidualnym, żeby powstrzymać wycofywanie środków z funduszy inwestycyjnych. Są to „produkty”, które dają możliwość zarabiania na rynku kapitałowym z jednoczesnym ograniczeniem do minimum ewentualnej straty zainwestowanych pieniędzy (100% gwarancja kapitału). Ich specyfika polega na tym, że inwestor uczestniczy w zyskach zależnych od instrumentu bazowego (underlying), czyli instrumentu finansowego, na którym oparty jest dany produkt strukturyzowany. Mogą to być indeksy giełdowe, akcje wybranych spółek, ceny towarów rolnych, surowców, metali szlachetnych, walut obcych czy nawet – funduszy inwestycyjnych. Zrozumiałe? Nie? I właśnie o to chodzi. Nie trzeba rozumieć – trzeba inwestować ciesząc się, że nasze pieniądze są bezpieczne. Dowcip polega tylko na tym, że produkty te zaczęły być oferowane klientom indywidualnym po tym, gdy spanikowane sytuacją na „rynkach finansowych” banki centralne dodrukowały setki miliardów dolarów, funtów i euro, żeby ratować płynność „instytucji finansowych”. A więc tak naprawdę, to gwarancja ochrony kapitału jest gwarancją straty jedynie tych kilku procent – tyle ile wynosi inflacja. Ale i to jest nie do końca prawdą, gdyż opiera się na przekonaniu, że jak znowu będzie „wtopa” podobna do tej, jaką odnotowaliśmy na subprimach, to banki centralne uruchomią „tani” pieniądz. A najciekawsze jest to, że zysk z tych inwestycji jest zależny od… uwaga! uwaga!… metody jego obliczania!!! Tych metod jest bardzo wiele, a ich nazwy dla niewtajemniczonych brzmią egzotycznie (np. autocall, lookback, opcja barierowa in/out, czy swing). Jedno mają wspólne: zysk zależy nie tylko od obiektywnych wartości, ale także od sposobu jego liczenia!!! Pełny Matrix!

 

Nie wymieniłem nazwiska pana rozprawiającego przy stoliku obok pięć lat temu, więc nie wymienię i dziś, ale dodam, że właśnie wtedy bankierzy wciskali swoim klientom opcje walutowe.

 

20.09.2008:

Bankructwo Lehmana, nacjonalizacja Fredy, Fanny i AIG wywołały fale komentarzy o bankructwie nie jakichś instytucji finansowych, tylko o „moralnym” i „ekonomicznym” bankructwie całego systemu? Jakiego systemu? Oczywiście kapitalistycznego! W jednym z komentarzy przeczytałem, że co prawda Nowego Orleanu nie spustoszył huragan „Ike”, ale za to przez Nowy York przeszedł huragan „Alan” – powodując jeszcze większe straty. W efekcie jego działania mamy kryzys kapitalizmu i jego podstawy ideologicznej czyli „neoliberalizmu”. Trzeba więc powołać jakąś instytucję, która więcej nie dopuści do „takich” sytuacji i do tego, do czego dopuścił Alan Greenspan – czyli do nadmiernej „liberalizacji” „rynków finansowych”.     Liberalizm „robi” – a jakże – za „żelaznego wilka” jak onegdaj „Żydzi”, „masoni” lub „cykliści”.

A ja mam kilka pytań: którzy to „liberałowie” uważali, że wszystko można wyprodukować pod warunkiem, że ktoś to kupi – więc najważniejsze dla gospodarki są operacje na otwartym rynku? Którzy to „liberałowie” doradzali wprowadzenie pieniądza wirtualnego i porzucenie standardu złota, żeby jakiś kruszec nie przeszkadzał w prowadzeniu tych operacji??? Wychodzi na to, że spekulanci ze szkoły Keynesa to liberałowie byli. Jeszcze trochę i niektórzy NSDAP też uznają za partię liberalną – bo miała przecież w programie poszanowanie własności.

Czy czasem amerykański FED nie został powołany w roku 1913 po to, żeby nie zdarzały się „takie” sytuacje jak bankructwo Knickerbrocker Trust Company (trzecie co do wielkości towarzystwo ubezpieczeniowe) w 1907 roku?

Greenspan miał „pilnować” i nie upilnował, więc teraz ktoś inny (najlepiej z „instytucji międzynarodowej”) będzie pilnował następców Greenspana.

Ale to ja mam drugie pytanie: a kto to tak pięknie piał z zachwytu nad polityką Greenspana przez minione lata za to, że „uratował rynki finansowe” po tym, jak pękła bańka internetowa???

(…)

Przy okazji „kryzysu” na „rynkach finansowych” z dziką satysfakcją powrócę do IPO Zakładów Azotowych w Tarnowie, gdy przedstawiciel tych „rynków”, który nie słyszał co prawda co to jest kaprolaktam, ale za to był „zapakowany po uszy” w Bioton i nie miał już nawet za co kupować akcji Azotów, które po zakończeniu procesu inwestycyjnego będą na 5 miejscu w Europie w produkcji poliamidu, stwierdził, że „skala inwestycji jest za mała”, a spółka wyceniona za drogo!!! Więc pozwolę sobie teraz powtórzyć, że „rynki finansowe” wcale nie wyceniają spółek – tylko ich akcje, a to nie jest do końca to samo.

 

Dziś dodam, że akcje Azotów po kolejnych przejęciach, które umożliwił debiut giełdowy doszły do 80 zł. Bo giełdy najlepiej służą do emisji pierwotnych. Potem kupowanie i sprzedawanie akcji to już czysta spekulacja.

 

26.09.2008:

Usłyszałem dziś w jednym z programów radiowych głosy kilku wybitnych przedstawicieli „rynków finansowych”, że nie wprowadzenie planu Paulsona doprowadzi do jeszcze większego kryzysu!!! Ergo – nie zabranie amerykańskim podatnikom 800 miliardów dolarów ma doprowadzić świat na skraj zapaści!

Dlaczego??? No bo domy potaniały!!! W skrócie tak wygląda pokrętna argumentacja „rynków finansowych” mająca uzasadniać dlaczego podatnicy mają te „rynki” ratować.

Na zdrowy rozum jak domy potaniały to ludzie, którzy chcą je kupić powinni się cieszyć! Nieprawdaż??? Przedstawiciele „rynków finansowych” straszą, że ludzie nie będą mieć pieniędzy na te tańsze domy! A wcześniej to niby mięli „pieniądze”??? NIE!!! To ich podpis pod zobowiązaniem do spłaty kredytu stawał się „pieniądzem”, za który inni kupowali domy!

Czy z tego powodu, że banki przejęły własność domów, których właścicieli nie stać na spłatę rat kredytowych z powodu podwyższenia stóp procentowych, to miliony Amerykanów przeniosły się pod mosty nie mając dachu nad głową??? NIE!!! Zamiast płacić ratę kredytową, będą płacić czynsz. Czy to w czymkolwiek zmieni ich realną siłę nabywczą??? NIE!!! Owszem stracą przedsiębiorcy budowlani – mniej się buduje. Ale czy przedsiębiorstwa w sektorze rolniczym, artykułów spożywczych, naftowym, komputerowym zmniejszają zatrudnienie, albo obniżają pensje? NIE!!!

Na prawdziwym rynku dokonałaby się naturalna alokcja naszego popytu – WYNIKAJĄCEGO Z NASZEJ REALNEJ SIŁY NABYWCZEJ OKREŚLONEJ WARTOŚCIĄ NASZEJ PODAŻY – w kierunku realnych towarów i usług, a nie „produktów finansowych”.

 

06.10.2008:

Domy w Ameryce wcale nie „potaniały”, w klasycznym, liberalnym, znaczeniu pojęcia „wartości”. Ich wartość użytkowa jest ciągle taka sama. A gdyby nie pieniądz „fiducjarny” ich wartość wymienna, też by teraz gwałtownie nie „spadła” z tej prostej przyczyny, że wcześniej by tak bardzo nie wzrosła! Ceny nieruchomości rosły tylko i wyłącznie na skutek manipulowania popytem na nie. Kto z nas pożyczyłby bezdomnemu i bezrobotnemu sąsiadowi jakieś pieniądze? Chyba, że w chrześcijańskim odruchu pomocy bliźniemu i raczej w przekonaniu, że jest to bardziej darowizna niż pożyczka. A banki hipoteczne – pożyczały. Pod warunkiem, że kupił dom! Wcale nie dlatego, żeby mieć „zabezpieczenie hipoteczne” jako gwarancję spłaty tego konkretnego domu. I wcale nie z miłosierdzia. Dzięki zobowiązaniu bezrobotnego „Murzyna z Alabamy” do spłaty kredytu, banki miały rosnące zyski. Bo „podpis” kredytobiorcy pod zobowiązaniem do zapłaty odsetek stanowi ich „aktywo”. Na tej podstawie mogły udzielać kolejnych kredytów, które przeznaczane były na zakup kolejnych nieruchomości, których cena w związku z klasycznym prawem podaży i popytu musiała rosnąć. Kłopot tylko w tym, że popyt „Murzyna z Alabamy” nie miał odpowiednika w sile jego podaży. Bo przecież prawo Saya zostało „obalone” przez Keynesa.  Jak czytamy w podręcznikach, Keynesowi udało się „obalić” prawo Jean Baptiste Saya, według którego popyt jest elementem wtórnym, zarówno chronologicznie, jak i merytorycznie, będąc niczym więcej, jak efektem zaistnienia podaży. Co prawda, żeby móc Prawo Saya obalić, Keynes najpierw musiał je nieco zmodyfikować. „Zmajstrował kukłę, która łatwo mógł znokautować” –pisze Nelson Hultberg. Efektem tego nokautu była… nacjonalizacja zasobów złota w Stanach Zjednoczonych, przeprowadzona przez amerykański rząd w 1933 roku. NACJONALIZACJA! Zamiast złota ludzie otrzymali… papierki z portretami prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale przez jakiś czas, widniał na nich przynajmniej napis: „wymienialny na złoto”. Od 1971 roku dolar już nie jest wymienialny na złoto, a jest na nim napisane, że stanowi „legalny środek płatniczy”. Nie wiadomo tylko ile tych „legalnych środków płatniczych” zostało wydrukowanych. No i nie wiadomo jaka będzie cena tych papierków – wyrażona, na przykład, w… nieruchomościach. Bo to banki centralne decydują o stopie procentowej. Ludzie nie spłacają dziś kredytów nie dlatego, że ich domy potaniały, ale dlatego że „pieniądz podrożał”. Zaciągali kredyty w nadziei, że jak nie będą mogli spłacać kredytów, zdecydowanie przekraczających wartość ich własnej podaży, to „najwyżej” sprzedadzą domy, które kupowali, mimo że ich nie potrzebowali, bo jakby ich potrzebowali, to nie przyjmowaliby założenia, że „najwyżej je sprzedadzą”. No bo przecież popyt miał być zawsze. Gwarantowali to makroekonomiści ze szkoły Keynesa. Jako studenci na zajęciach z mikroekonomii poznali jeszcze takie pojęcia jak popyt i podaż. Czasem nawet analizowali różne krzywe ich przebiegu. Ale potem poszli na zajęcia z „makroekonomii” i o takich „banałach” już się nie uczyli. Dowiadywali się natomiast co to jest „popyt zagregowany”, albo „szybkość cyrkulacji”. Uczyli się też statystki, mimo że (albo może właśnie dlatego) poza prawdą i półprawdą statystyka stanowi trzeci rodzaj prawdy w ekonomii: g…prawda. Najlepsi z nich oczywiście nie mięli ochoty zajmować się produkcją przysłowiowych kartofli. Chcieli pracować w bankowości inwestycyjnej albo dla rządu! Przyjmowano ich z otwartymi rękami, gdyż prześcigali się w tworzeniu uzasadnień dla polityki gospodarczej miłej sercu politykom dającym im zatrudnienie. Tworzyli bowiem wspaniałe modele zarządzania „zagregowanym popytem” i wpływania na bieżącą konsumpcję, co jest tak istotne z punktu widzenia „kupowania” głosów wyborców.

Ale cały ten ich misterny plan – jak mówił „Siara” w „Kilerów2 ” – „poszedł w p…”. Więc ukuto nową teorię. Za krach tego planu winę ponosi kapitalizm i liberalizm, a nie błędy interwencjonizmu. Najbardziej winna jest oczywiście rozpasana liberalna wolność. Trzeba więc ja ograniczyć. Banki robiły bowiem co chciały, bo nie były należycie kontrolowane. Ta niczym nieograniczona wolność zrodziła słynne hasło maklerów z Wall Street: „greed is good” („chciwość jest dobra”). Ale liberalna idea wolności nie oznacza, że każdy może robić co chce. Jak powiada stare amerykańskie powiedzenie, „twoja wolność machania rękami kończy się przed moim nosem”! I podobnie jest z chciwością. Tylko „chciwość” sprawia, że przedsiębiorcy, który ma 10 milionów dolarów na koncie, chce się rano podnieść dupę z łóżka i iść do roboty, żeby zarobić kolejne miliony. A jego zdolność do ich zarobienia – i tym samym przyczynienia się do wzrostu gospodarczego – jest raczej większa niż tych wszystkich, których zatrudnia on na umowę o pracę w swoim przedsiębiorstwie. Chciwość jest więc dobra. Ale istnieją jej granice – tak samo jak w przypadku wolności. Kończy się ona przed cudzą kieszenią.

 

07.10.2008:

„Zyski” Bank of America, który przejął niedawno bank Merrill Lynch, w III kwartale 2008 roku spadły w porównaniu z 2007 rokiem o 68%!!! To by oznaczało, że miał „zyski”. Oczywiście „bilansowe”. Prawdopodobnie w 2007 roku wykazał większą wartość niektórych „Long-Term Investments” niż w 2006. Wyniki kwartalne BoA ukazać się miały za dwa tygodnie, lecz bank przyspieszył ich publikację z związku z koniecznością pozyskania kapitału. Potrzebuje pewnie na wypłatę „dywidendy” od tych „zysków”.

Citigroup i Wells Fargo prowadzą sądowy spór o przejęcie zagrożonego bankructwem  Wachovia Corp. Citi oferował 2 mld USD, a Wells Fargo – 15 mld USD. Ciekawe jak będą wyglądały „wyceny aktywów” banków robione przez audytorów zatrudnionych przez Paulsona? Też się będą tak różnić? W starym bolszewickim dowcipie nie ważne było kto jak głosował, tylko kto liczył głosy. Dziś na Wall Street nie ważne co jest ile warte, ważne kto wycenia!

 

10.10.2008:

Podobno z giełd „wyparowały” pieniądze. Albo zostały „wycofane”.  Czyżby?

Mam trzy fundusze A, B i C. No bo przecież każdy z szanujących się zarządzających ma po trzy, albo i więcej.

W A mam 100 akcji i w gotówce 100.

W B mam 50 akcji i w gotówce 50.

W C mam 25 akcji i w gotówce 25.

Razem mam 175 akcji i 175 gotówki.

Przyjmijmy, że statystycznie 1 akcja warta jest na koniec dnia 1

Następnego dnia:

A sprzedaje 25 swoich akcji „ze stratą” za 15.

B kupuje te akcje za 15 i sprzedaje 15 swoich akcji „ze stratą” za 10.

C kupuje te akcje za 10 i sprzedaje 5 swoich akcji „ze stratą” za 3.

A kupuje te akcje za 5.

Na koniec dnia:

A ma 80 akcji (miał 100, sprzedał 25, kupił 5) i w gotówce 112 (miał 100, sprzedał akcje za 15, i kupił za 3)

B ma 60 akcji (miał 50, kupił 25 sprzedał 15) i w gotówce 45 (miał 50, kupił akcje za 15 i sprzedał za 10)

C ma 35 akcji (miał 25, kupił 15, sprzedał 5) i w gotówce 18 (miał 25, kupił akcje za 10 sprzedał za 3)

Po dniu na giełdzie mam w swoich trzech funduszach 175 akcji i 175 gotówki. Ale indeksy się pogorszyły!!! Akcje w portfelach moich funduszy są „warte”, nie 175 tylko 108,3. Ale czy pieniądze gdzieś „wyparowały”??? One sobie spokojnie czekają na kolejne zakupy.

Ledwie skończyłem to pisać i indeksy „powędrowały na północ”, co z sarkastycznym zdjęciem skomentowałem tu:

www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=461

Jeszcze tego samego dnia pozwoliłem sobie na apel do graczy giełdowych:

Kilkanaście miesięcy temu napisałem „list otwarty do ubezpieczonych w ZUS”. Dziś pozwolę sobie na „List otwarty do graczy giełdowych”.

Przeczytałem bowiem wypowiedź jednego z analityków, że „prognozowanie nie ma sensu. Najważniejsze są teraz spotkania regulatorów w weekend i ewentualnie podjęte decyzje”.

To ciekawe dlaczego prognozowanie miało sens wówczas gdy „rynki finansowe” zachowywały się równie irracjonalnie jak dziś, z tym tylko, że a rebours i ludzie kupowali wszystko na pniu.

Giełdą żądzą sentymenty. Raz panuje panika a raz euforia. Obie złe. Ale drobni ciułacze ulegają, niestety, obu – zazwyczaj kupują w euforii „na górce” i sprzedają w panice w największym „dołku”.

Jako że „w górce” przez kilkanaście miesięcy mówiłem, że jak rośnie, to będzie spadało, to teraz mam prawo mówić, że skoro spada, to będzie rosło. A jako że nie gram na giełdzie, nie mam żadnego interesu, żeby się martwić o to, co się w tym kasynie dzieje. Mam 15 akcji – po jednej co ważniejszych spółek, jako tak zwane „wejściówki” na walne zgromadzenia. Uspakajam więc spanikowanych ciułaczy dla ich własnego dobra. Nie dlatego ojciec syna bił, że grał w kasynie i przegrał, tylko dlatego, że się chciał odegrać. Jak więc ktoś był na tyle nieroztropny (trudno, zdarza się) że kupił akcje na szczycie „górki” (o czym nie wiedział gdy kupował mając nadzieję, że hossa obiecywana przez tych samych analityków co dzisiaj „nie chcą prognozować” będzie trwała jeśli nie wiecznie to przynajmniej przez jakiś czas),  to niech przynajmniej nie próbuje się teraz „odgrywać” i niech nie sprzedaje w dołku. Nawet jak jeszcze spadnie, to kiedyś znowu ruszy do góry! Jak komuś nie brakuje na chleb do pierwszego to niech zapomni na jakiś czas, że zagrał na giełdzie. Co prawda analitycy giełdowi uparcie nazywali to inwestowaniem, ale tylko wówczas jak trwały wzrosty. Dziś mówią o „panice” – a przecież „inwestowanie” powinno być racjonalne. Nieprawdaż? Więc drodzy ciułacze postąpcie tym razem racjonalnie i skoro kupiliście „na górce”, to przynajmniej nie sprzedawajcie „w dołku”.

A jak nie przekonuje was argument racjonalny, to może przekona was irracjonalny: w ten sposób zrobicie na złość tym „rekinom giełdowym”, którzy próbują was jeszcze troszkę „przetrzymać” i sprawić, żebyście się jednak wyprzedawali. Bo oni wtedy zaczną kupować. Powoli, ale zaczną. Przecież nie mogą ze swoimi pieniędzmi zrobić tego samego co wy ze swoimi i schować je w skarpetkę.

 

Słysząc po raz „enty” że kryzys finansowy „wziął się” z tego, że kredytobiorcy nie spłacają kredytów hipotecznych, w związku z czym rządy mają udzielić… kredytów bankom, trzeba chyba przypomnieć, co o kredytach pisał Henry Hazlitt w „Ekonomii w jednej lekcji”. Oczywiście będzie to „głos wołającego na puszczy”, ale co tam.

 

03.12.2008:

Kredyt, to nie jest coś, co bankier daje człowiekowi. „Przeciwnie – pisał Haziltt – kredyt to coś, co człowiek już ma. Ma go na przykład ze względu na to, że posiada aktywa o większej rynkowej wartości pieniężnej niż pożyczka, o którą zabiega. Albo ma go dzięki swemu charakterowi i wynikom, które dotychczas osiągnął. Przynosi je ze sobą do banku. Bankier nie daje czegoś za nic. Uważa, że może być pewny spłaty długu. Po prostu wymienia bardziej płynną postać aktywów – czyli kredyt – na postać mniej płynną”.

Preferencyjne kredyty to nic innego jak zaakceptowanie sytuacji, w której „biurokratom ma być wolno wystawiać pieniądze podatników na ryzyko, na które nikt nie chce wystawić własnych”. W ten sposób „dostępny kapitał angażowany będzie w przedsięwzięcia złe, a w najlepszym przypadku wątpliwe. Dostanie się w ręce ludzi, którzy są mniej kompetentni albo mniej godni zaufania, niż ci, którzy otrzymaliby go w innej sytuacji”. Dlatego zawsze pomaga się pewnemu określonemu pożyczkobiorcy, kosztem pewnego nieokreślonego pożyczkobiorcy.

Wiara w skuteczność „gwarantowanych” czy „tanich” kredytów wynika z dwóch rodzajów krótkowzroczności. „Jeden polega na tym, że patrzy się na sprawę tylko z punktu widzenia tych co zaciągają pożyczki. Drugi – na tym, ze bierze się pod uwagę tylko pierwszą połowę transakcji.” Tymczasem, po pierwsze, ilość realnego kapitału jest ograniczona. Tego co ktoś dostanie, nie może dostać ktoś inny. Po drugie, „wszystkie pożyczki trzeba będzie spłacić. Każdy kredyt jest długiem”.

Jeżeli rząd miałby postępować zgodnie z powszechnie obowiązującymi standardami dublowałby jedynie działalność przedsiębiorców dysponujących kapitałem uruchamianym na finansowanie zarówno działalności gospodarczej jak i konsumpcyjnych zakupów. Taka działalność nie byłaby nikomu potrzebna. Zabieg polegać ma więc na tym, aby rząd udzielał kredytów jednostkom wybranym na preferencyjnych warunkach, albo jednostkom, które nie mogłyby liczyć na kredyt z uwagi na brak tak zwanej wiarygodności kredytowej. Polityka pierwszego typu „doprowadziłaby do faworyzowania: udzielania pożyczek znajomym albo w zamian za łapówki”. Polityka drugiego typu prowadzi do marnotrawstwa na wielką skalę: przekazywania pieniędzy osobom, które najprawdopodobniej nie będą w stanie ich zwrócić. A no właśnie!

Po 2 latach się okazało, że „giganci finansowi” „przytulili” ponad 1,2 bln USD czyli prawie trzy razy więcej niż cały deficyt budżetu federalnego USA w 2008 roku.

Morgan Stanley otrzymał wówczas 107 mld USD. Citigroup 99,5 mld USD, a Bank of America 91,5 mld USD, Goldman 70 mld USD. Ale i banki europejskie otrzymały prawie połowę kwoty wyasygnowanej przez FEDP. Royal Bank of Scotland – 85 mld USD, UBS – 77 mld USD, Hypo Real Estate 29 mld USD. Pisałem o tym tu:

www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=1012

Ale, jak powiedział Prezes Goldmana, oni wykonują „Boską robotę” więc im się należy.

13.12.2011:

Katastrofa finansowa, która się dzieje na naszych oczach ma kilka przyczyn. Podstawową jest uleganie błędnej teorii ekonomicznej, że wszystko można wyprodukować pod warunkiem, że ktoś to kupi, więc najważniejsze jest „sterowanie zagregowanym popytem” (choć nie wiadomo co to jest dokładnie „zagregowany popyt”) przy pomocy „instrumentów pieniężnych”. Doprowadziło to do dominacji sektora finansowego nad gospodarką realną, która w tym modelu jest zależna głównie od dopływu odpowiedniej ilości „środków finansowych”. Tymi środkami nie są wcale pieniądze wyemitowane przez rządy lub banki centralne, ale i tak zwane pieniądz bankowe („kredytowe”), emitowane przez banki komercyjne na podstawie zobowiązań zaciągniętych przez rządy. Tak!!! Długi rządów są podstawą emitowania pieniędzy przez banki! I oczywiście to banki na tym najlepiej zarabiają. Raz pobierają odsetki od rządów od kupionych obligacji, drugi raz pobierają odsetki od kredytobiorców, którym udzieliły kredytów z pieniędzy wyemitowanych przez siebie, zabezpieczeniem których są obligacji kupione od rządów. W takim systemie proporcje zysków producentów dóbr i dostawców usług do zysków banków i różnych innych instytucji finansowych uległy całkowitemu rozchwianiu. Najbardziej dosadnie, choć pewnie w sposób niezamierzony, wyraził to Lloyd  Blankfein – prezes Goldman Sachs największego banku inwestycyjnego na świecie – gdy dla uzasadnienia wysokich apanaży pobieranych przez siebie i swoich pracowników stwierdził, że wykonują oni „Bożą robotę” („God’s work”). Niestety, pieniędzy w bankach od dawna nie ma. Możemy je sobie wypłacić z kasy, albo zrobić przelew, tylko i wyłącznie dlatego, że nie robimy tego wszyscy na raz. Pieniądz bankowy opiera się bowiem na wierze. Na naszej wierze w to, że on w banku rzeczywiście jest. Jak ta wiara została w 2008 roku zachwiana, okazało się, że pieniędzy nie ma i FED – czyli amerykański bank centralny – musiał je dodrukować. Choć dodrukował prawie 2,5 biliona dolarów, gospodarka pozostaje w stagnacji, a bezrobocie utrzymuje się na niebotycznym jak na amerykańskie stosunki poziomie ponad 9%.

W Europie zapaść finansowa miała jeszcze dwie dodatkowe przyczyny. Pierwszą jest biurokracja. Skoro gospodarkę „nakręca” odpowiednia polityka pieniężna, to przedsiębiorcy nie są uznawani za kreatorów rozwoju, a jedynie za pośredników, wykorzystujących pieniądze kreowane w obiegu między rządami a „rynkami finansowymi”. Dlatego może się bez przeszkód rozwijać biurokracja utrudniająca przedsiębiorcom ich codzienną pracę. Hamuje to prawdziwy wzrost gospodarczy wynikający z wytwarzania nowych dóbr i usług. Albowiem w każdym równaniu ekonomicznym jedyną zmienną, która jest niezmienna jest czas. Doba ma tylko 24 godziny. Im więcej czasu trzeba poświęcić na realizowanie biurokratycznych obowiązków, tym mniej czasu pozostaje na rozwój produkcji. W efekcie wpływy budżetowe z podatków są mniejsze niż mogłyby być, gdyby nie ograniczenia, którym poddawana jest gospodarka. Przyczyną drugą są rosnące lawinowo koszty funkcjonowania systemów emerytalnych. Z jednej strony mamy więc mniejsze wpływy podatkowe, niż byśmy mogli mieć, gdyby nie ograniczenia biurokratyczne. Z drugiej strony mamy wyższe wydatki na utrzymanie coraz większej rzeszy emerytów. Konsekwencją tego stanu rzeczy musiały być rosnące długi. Rządy chcąc sfinansować rosnąc wydatki musiały się coraz bardziej zapożyczać. Z długami jest podobnie jak z pieniędzmi w bankach. Ich wartość dla wierzycieli opiera się na wierze, że zostaną one kiedyś spłacone. Rządy, jak bankierzy, którzy dla utrzymania płynności wypłacają nam w kasie pieniądze tych, którzy je tam wpłacają, przez lata oddawały stare długi zaciągając nowe. Mogło to działać dopóki w tym samym czasie jedni wypłacali – czyli otrzymywali zwrot udzielonych kiedyś kredytów, a drudzy wpłacali – czyli udzielali nowych kredytów. Ale jak wiara w to, że taki mechanizm może funkcjonować w nieskończoność uległa zachwianiu okazało się, że długi są nie wiele warte.

Czynnikiem trzecim, który spowodował, że w Europie długi eksplodowały w ciągu trzech ostatnich lat, był sposób „ratowania sektora finansowego”. Żeby go uratować trzeba było mu pożyczyć. Ale jak można komuś pożyczyć, jak się samemu jest zadłużonym? Amerykański FED na ten cel dodrukował po prostu dolary. Natomiast Europejski Bank Centralny prowadził tak zwaną „sterylizację” – kupował obligacje najbardziej zadłużonych państw, żeby miały one na spłacenie starych długów, a sprzedawał swoje własne obligacje. W efekcie dług, który w państwach strefy euro oscylował w 2008 roku średnio wokół 60% PKB, wzrósł do ponad 80%. A jak weźmiemy pod uwagę trzy największe gospodarki – Niemcy, Francję i Włochy – to ich średni poziom długu do PKB zbliża się do 100%!!! Co prawda w Japonii dochodzi do 200%, ale jest to głównie dług wewnętrzny, a poza tym dotąd Japonia była sama na tym polu minowym, miała więc większe możliwości stąpania po nim. Dziś zrobiło się na nim już tak tłoczno, że jakikolwiek nieostrożny ruch kogokolwiek, może spowodować, że wszyscy razem wylecą w powietrze.

 

„A nie mówiłem”?

Robert Gwiazdowski
Robert Gwiazdowski