Podatek Tobina, czy nowa waluta rezerwowa?

Ostatnio znowu rozgorzała dyskusja o możliwości i celowości wprowadzenia podatku Tobina. Podatku, którym obłożone byłyby transakcje kupna/sprzedaży na rynku walutowym. Często przedstawia się tę ideę jako pomysł alterglobalistów (co ma być określeniem pejoratywnym). Rozprawmy się więc z tym twierdzeniem. James Tobin, amerykański noblista z dziedziny ekonomii (1981 rok), który na początku lat siedemdziesiątych XX wieku zaproponował wprowadzenie tego podatku z pewnością alterglobalistą nie był. Pomysł podatku forsowany był przesz niego szczególnie mocno w 1972 roku, rok po załamaniu się systemu z Bretton Woods, kiedy to prezydent Nixon pozbawił dolara pokrycia w złocie. Od tego momentu rozpoczęła się era rynku walutowego, jaki znamy. Era graczy walutowych. 

Nie byli alterglobalistami w 2005 roku (może się potem na alterglobalizm nawrócili?) Jacques Chirac, wtedy prezydent Francji i Gerhard Schroeder, wtedy kanclerz Niemiec. A to przecież właśnie prezydent Francji podczas szczytu w Davos zaproponował wprowadzenie podatku Tobina, a Gerhard Schroeder go poparł. Wystarczy spojrzeć na wykresy, żeby zobaczyć, dlaczego szefowie Francji i Niemiec poparli wtedy tę ideę. W ciągu 3 lat euro zyskało do dolara 60 procent, co bardzo obniżało konkurencyjność strefy euro. W 2005 roku straciło jednak 15 procent, co uspokoiło polityków. Potem znowu zyskało w ciągu 2 lat 50 procent, ale temat nie wrócił. Pojawił się dopiero w tym roku. Niedawno Lord Turner, szef FSA, czyli angielskiego KNF (kolejny alterglobalista? ;-) ) opowiedział się za jego wprowadzeniem. Co prawda celem Turnera było ograniczenie zbyt wysokich wynagrodzeń w sektorze finansowy, a według mnie podatek Tobina zdecydowanie nie jest odpowiednim do tego narzędziem, ale cenne jest, że swoją propozycją doprowadził do ponownego rozpoczęcia dyskusji. 

Jak widać to nie alterglobaliści są tymi, których głos był najbardziej słyszalny. Faktem jednak jest, że mają oni specjalną organizację (ATTAC, czyli Association pour la Taxation des Transactions pour l’ Aide aux Citoyens – polska strona: http://www.attac.org.pl/), której celem jest wprowadzenie tego podatku. Chcieliby oni, żeby zebrane w ten sposób fundusze przeznaczone były na pomoc dla krajów trzeciego świata i to jest w tej idei najbardziej kontrowersyjne. Wiadomo gdzie często ląduje taka zagraniczna pomoc. Niestety, jest w dużej części rozkradana. Poza tym pomoc tego typu – dawanie ryby, nie wędki – nie ma pozytywnego wpływu na rozwój krajów trzeciego świata. Przeznaczenie kwot zebranych dzięki temu podatkowi może być jednak zupełnie inne (np. zwiększenie kapitałów MFW, „zielona” energia, edukacja, nauka itp.). Nie byłyby to tak olbrzymie kwoty, które można wyliczyć z obecnego obrotu, bo wprowadzenie podatku skutkowałoby znacznym (nawet o 90 procent) zmniejszeniem obrotu, ale kilkaset miliardów dolarów pewnie dałoby się tą drogą zdobyć.  

Twierdzi się często, że nie ma realnej możliwości wprowadzenia takiego podatku, bo przecież w zglobalizowanym świecie kapitał może z kraju, który by go wprowadził po prostu uciec w inny zakątek świata. Owszem, prawdą jest, że nie da się wprowadzić podatku w jednym kraju. Gdyby jednak główne centra kapitału, czyli USA, UE, Japonia i Chiny podjęły decyzje o wprowadzeniu podatku to całe reszta chętnie albo mniej niechętnie by się podporządkowała. Wystarczyłoby równocześnie przyjąć rozwiązania prawne, dzięki którym kapitały pochodzące z krajów niestosujących podatku Tobina zostałyby objęte różnego rodzaju restrykcjami. Nawet potężne lobby handlarzy walutą nie dałoby rady i musiałoby się poddać. Być może pozostałyby gdzieś jakieś miejsca, gdzie nadal spekulowałoby walutą, ale przecież kasyna istnieją i nikomu nie szkodzą, więc i takie zjawisko byłoby zupełnie marginalne i niemające większego znaczenia. 

Szacuje się, że na rynku walutowym obraca się około 3 bln dolarów dziennie – 20 dni obrotu to PKB całego świata. Nie ma takich pieniędzy. Gołym okiem widać, że 90 procent obrotu robią gracze walutowi posługujący się analizą techniczną. Gracze, którzy nie tylko zapewniają płynność (jak sami zapewniają), ale przede wszystkim dominują rynek. Dzięki nim nawet bardzo wytrawni ekonomiści (zapytajcie polskich profesorów ekonomii) nie chcą się wypowiadać na temat przyszłych kursów walutowych. Ruchy kapitału spekulacyjnego potrafią doprowadzić do ruiny całe kraje (są tego liczne przykłady). Niedawno Polacy zadłużeni w walutach też doświadczyli wpływu tego rynku na swojej własnej kieszeni. O stabilność waluty modlą się codziennie eksporterzy i importerzy. Pamiętacie problem opcji walutowych i wynikające z tego kłopoty wielu firm? Co prawda w większości zarządy firm sami doprowadzili do powstania kłopotów, ale gdyby obowiązywał podatek Tobina, to problemu w ogóle by nie było. 

Gracze obracają walutami wiele razy dziennie. Posługują się też olbrzymią dźwignią finansową i dlatego stosunkowo niewielki podatek obrotowy (0,25 – 0,5 proc.) sprawiłby, że ten rynek stałby się dla nich nieopłacalny. Firmy i osoby prywatne transakcje robią tak rzadko, że wpływu podatku by nie odczuły. Ich zyskiem byłaby zdecydowanie większa stabilność rynku walutowego, a co za tym idzie i gospodarki oraz większa przewidywalność ruchów kursów walutowych (zwiększyłby się wpływ czynników fundamentalnych). Płacz nad krępowaniem wolnego rynku jest niczym innym jak wylewaniem krokodylich łez. One będą nadal lane, bo przecież ten rynek jest olbrzymi i zapewnia potężne zyski, którymi z chęcią dzielić się będzie z lobbystami. 

Jest też i inna możliwość. W opublikowanym w poniedziałek 7 września raporcie Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD) zaproponowano reformę systemu walutowego (niewykluczone, że pomógł on w przecenia dolara). O taką reformę dopominają się już od pewnego czasu bardzo energicznie kraje BRIC. One jednak chcą tylko zwiększenia roli Specjalnym Prawom Ciągnienia (SDR) emitowanym przez Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Miałaby to być namiastka waluty światowej. UNCTA postuluje utworzenie światowego banku, który emitowałby nową walutę oraz kontrolowałby, czy poszczególne kraje utrzymują względem niej sztywny realny kurs swoich walut. Jak widać na świecie zaczyna dominować przekonanie o konieczności zmiany systemu. Tylko sprzeciw USA, jako posiadacza waluty rezerwowej, blokuje jeszcze znalezienie rozwiązania. Wcześniej czy później jednak do tego dojdzie. Gracze walutowi muszą szykować się do zmiany zawodu. 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński