Premiera premiera przy owalnym stole

Sformułowanie przez KE wniosku w sprawie Polski byłoby wielkim wstydem dla rządu PiS i dowodem, że wymiana twarzy niewiele daje.

Włoski premier Paolo Gentiloni po spotkaniu z premierami V4 odmówił udziału we wspólnej konferencji prasowej. Fot. ARC

Dwa dni po uzyskaniu 12 grudnia sejmowego wotum zaufania premier Mateusz Morawiecki w czwartek zasiadł pierwszy raz w Europa Building na planowym szczycie Rady Europejskiej (RE). Nowym uczestnikiem jest również czeski premier Andrej Babiš, zaprzysiężony jeszcze później, bo 13 grudnia. W tandemie jest im psychologicznie łatwiej, bo uwaga eurokratów i weteranów RE nie koncentruje się na jednym premierowskim „kocie”. Nowi uczestnicy są sąsiadami — w 50 proc. wymieniony został skład premierów Grupy Wyszehradzkiej (V4).

Absolutnie nie zmieniło to postawy rządów czwórki w kwestii migracyjnej. Polska, Czechy, Słowacja i Węgry po równo zrzuciły się na kwotę 35 mln EUR (którą miał wyłożyć budżet UE) dla straży granicznej i przybrzeżnej Libii, co powinno nieco ulżyć Włochom. Premier Paolo Gentiloni gest przyjął, ale po spotkaniu z premierami V4 odmówił udziału we wspólnej konferencji prasowej, ponieważ twardo domaga się przyjęcia przez UE stałego systemu relokacji. Dla imigracyjnego kierunku afrykańskiego Włochy są przecież państwem frontowym, zatem ich punkt widzenia jest kompletnie inny niż szczęśliwców „osłoniętych”. Położenie geograficzne wyklucza wzajemne zrozumienie. To obiektywne zjawisko zdefiniował w liście do członków RE przewodniczący Donald Tusk, czym naraził się na krytykę ze strony Komisji Europejskiej (KE). Różnice poglądów między rywalizującymi prestiżowo instytucjami z dwóch gmachów przy rondzie Schumana to zjawisko normalne, ale problem imigracyjnego tsunami jest wyjątkowo drażliwy.

Premierowy udział premiera w szczycie RE ma rozpocząć poprawianie relacji polsko-unijnych i wizerunku kraju. To jeden z głównych powodów zdecydowania się przez Jarosława Kaczyńskiego na wymianę Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego. Na samym początku nowemu szefowi rządu spadł z nieba wizerunkowy prezent — znalazł się na historycznym zdjęciu twórców PESCO (Permanent Structured Cooperation), czyli nowej struktury współpracy w dziedzinie obronności. To sytuacja podobna do podpisania dekadę temu (13 grudnia 2007 r.) przez nowego premiera Donalda Tuska traktatu w Lizbonie, wynegocjowanego z polskiej strony przez braci Kaczyńskich.

Poza konfiturą Mateusz Morawiecki trafia jednak również na cuchnące jajo. KE poważnie przymierza się do postawienia w przyszłym tygodniu pierwszego kroku do uruchomienia wobec Polski traktatowego dyscyplinującego art. 7. Mówi on, że na komisyjny wniosek Rada, stanowiąc większością 4/5 swoich członków i po uzyskaniu zgody Parlamentu Europejskiego, może stwierdzić „istnienie wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez państwo członkowskie wartości, o których mowa w artykule 2 traktatu”. Jakiekolwiek poważniejsze sankcje w ogóle nie wchodzą w grę, ale już samo sformułowanie wniosku przez KE byłoby wielkim wstydem dla rządu PiS i dowodem, że wymiana twarzy niewiele daje. W bezpośrednich rozmowach zarówno z przewodniczącym Jeanem-Claude’m Junckerem, jak i szefami państw/rządów premier przekonuje, że ukończone właśnie przez Senat i przekazywane już do prezydenckiego podpisu dwie ustawy sądowe nie dają podstaw do reakcji Brukseli. Skuteczność tego przekonywania będzie pierwszym sprawdzianem, czy jest w stanie osiągnąć więcej od poprzedniczki.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski