Rajskie perspektywy 2009 roku

Podczas piątkowej audycji w radiu TOK FM wypowiedziałem tezę, która zasługuje na opisanie również w blogu. Rozmawialiśmy, w ramach podsumowania tygodnia w gospodarce (zawsze w piątek o 9.25 – ale w ten piątek beze mnie) między innymi o polityce rodzinnej i planach rządu w tej sprawie. Ja, tak jak i olbrzymia większość wypowiadających się na ten temat, jestem pełen uznania dla pani Joanny Kluzik-Rostkowskiej, podsekretarza stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej. To pierwszy taki bardzo kompetentny i spójny program, który rzeczywiście może pomóc polskim rodzinom i zwiększyć przyrost naturalny. A większej ilości dzieci, szczególnie, jeśli spojrzy się na przyszłą sytuację w ZUS, bardzo potrzebujemy. Tyle tylko, że na pytanie: skąd wziąć pieniądze pada standardowa odpowiedź – zapewni nam to szybki wzrost gospodarczy.  

To finansowanie zapewnić ma też pokrycie ubytku w budżecie wynikające ze zmniejszenie klina podatkowego i wprowadzenie w 2009 roku nowej skali podatkowej (18 i 32 procent). W sumie będzie to kosztowało kilkadziesiąt miliardów złotych. Ekonomiści różnią się w ocenie skutków tych projektów, więc dokładnych sum nie podaję. Wszystko ma sfinansować stały i szybki wzrost gospodarczy. Wydawało mi się zawsze, że planować należy bardzo ostrożnie, wręcz zakładając najgorszy, a nie najlepszy scenariusz, a tu proszę – będzie cudownie. Nie trzeba będzie ciąć wydatków, a pieniądze napłyną szerokim strumieniem. Wiadomo, na co liczą projektodawcy. Napływ funduszy unijnych zapewni nam szybki wzrost gospodarczy. Zgadzam się, że rzeczywiście tak będzie, ale czy będzie to w następnych latach wzrost sześciu, czy trzyprocentowy tego nikt w tej chwili powiedzieć nie może. A to duża różnica.  

Alan Greenspan twierdzi, że prawdopodobieństwo wystąpienia w tym roku recesji w USA wynosi 30 procent, rynek obligacji sygnalizuje (odwrócona krzywa rentowności), że wynosi 50 procent. Z tego wniosek, że jeśli nawet nie pojawi się w tym roku to prawdopodobieństwo jej wystąpienia w 2008 znacznie wzrośnie, bo ożywienie gospodarcze w USA trwa już tak długo, że powinno zamienić się w cykliczną recesję (teza Alana Greenspana). W 2008 roku w Chinach będzie miała miejsce Olimpiada, po której też (tak podobno często bywa w krajach organizujących Olimpiadę) gospodarka może zacząć zwalniać. W tym momencie Czytelnik puka się w głowę i mówi: czy on oszalał? Co wspólnego mają Chiny i USA do rządowych projektów? Otóż mają. Jeśli świat spowolni to i nasza gospodarka zmniejszy dynamikę wzrostu. Skąd wtedy te pieniądze? 

Najbardziej ciekawe jest to, że pani wicepremier Zyta Gilowska doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożeń. W ostatnim wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówiła o chińskim zagrożeniu (nie wspomniała jednak o amerykańskim). I tu mała dygresja. Pani profesor jest bardzo dumna z pomysłu obniżenie klina podatkowego i uważa, że zmniejszy to znacznie rozmiar szarej strefy i bezrobocie. Od początku, aczkolwiek całkowicie intuicyjnie, byłem zdania, że ten kosztowny projekt niewiele da. Już ja widzę, jak działający w szarej strefie przedsiębiorca rzuca się do zatrudniania pracowników tylko dlatego, że składka rentowa spadła o 6 pkt. procentowych. On nawet na to nie zwróci uwagi. Również legalnie działający przedsiębiorca nie będzie zatrudniał tylko z tego powodu pracowników. Jeśli będzie większy popyt na jego projekty to zatrudni, ale zatrudniłby i teraz. 

Już widzę, jak Czytelnik ostrzy sobie na mnie zęby… Ok, podeprę się autorytetem, Dzisiaj w „Życiu Warszawy” Jan Rutkowski, główny ekonomista Banku Światowego na Europę Centralną i Wschodnią, powiedział, że „najnowsze badania Banku Światowego stoją w opozycji do głoszonej przez przedsiębiorców tezy, że zmniejszenie klina podatkowego jest remedium na największe bolączki rynku pracy – wysokie bezrobocie i rozległą szarą strefę”. Stwierdził też, że „to są, niestety, w dużym stopniu mity, które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości”. I dalej „obniżenie np. składek na ubezpieczenia społeczne o 10 punktów proc. (a więc o bardzo dużo) daje w efekcie 1-, 3-proc. przyrost miejsc pracy” oraz „związek między obciążeniami pracy a szarą strefą jest słabszy, niż się wydaje. Wyniki badań wskazują, że na nieformalne zatrudnienie ma wpływ tak wiele czynników, że jako winowajcę trudno wskazać właśnie ten jeden”. Inaczej mówiąc badanie pokazują, że cel obniżki nie zostanie osiągnięty. Wydamy tylko pieniądze. Pracownicy zarobią nieco więcej, ale niewiele więcej, a lepiej zarabiający też niezbyt na tym skorzystają, bo przecież po przekroczeniu 2,5 krotności średniej płacy już składki i tak nie płacą.

Powstaje pytanie: po co tak ryzykować? Po co zapowiadać tak wiele kosztownych posunięć, które mogą doprowadzić budżet do ruiny, jeśli gospodarka globalna spowolni? Obawiam się, że odpowiedź może być dosyć prosta. W 2009 roku odbędą się wybory parlamentarne. Wtedy też dotrze do nas fala podarunków, za które zapłaci następny rząd i Sejm. Tyle tylko, że kto pod kim dołki kopie często sam w nie wpada… Może się więc okazać, że te wszystkie posunięcia doprowadzą do wygrania przez PiS wyborów w 2009 roku (to była teza, o której wspomniałem na początku wpisu). I co wtedy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński