Jak rząd odbiera firmom ochronę

Wypowiedzenie dwustronnych umów o ochronie inwestycji – zapowiedział wiceminister skarbu. Przed południem tłumaczył to „ograniczeniem kosztów” i „ochroną interesów Polski”, po południu „unijnymi regulacjami”. Tylko błąd komunikacyjny czy szykuje się zamach na prawa inwestorów?

 

„Minister skarbu podjął decyzję o wypowiedzeniu umów o wzajemnej ochronie inwestycji” – taką deklarację wygłosił wczoraj w Sejmie Mikołaj Wild, wiceminister skarbu państwa. Zaskakującą dla wielu obserwatorów życia gospodarczego, bowiem umowy zawierane w większości w latach 90. wpisały się trwale w krajobraz. Dlaczego skarb chce to zmienić?

„Sprawa arbitraży inwestycyjnych jest jedną z ważniejszych spraw jeśli chodzi o ochronę interesów Skarbu Państwa. Obecnie toczy się 11 postępowań tego rodzaju, wartość przedmiotu sporu to jest ponad 4,1 mld zł” – tłumaczył posłom Mikołaj Wild.

Dodawał, że postępowania prowadzone przed międzynarodowym arbitrażem inwestycyjnym stanowią „dość istotne zagrożenie” i że choć do tej pory Polska wygrywa zdecydowaną większość spraw, to każde z tych postępowań, nawet wygranych, kosztuje skarb państwa 3-4 mln zł.

„Z tego względu wydaje się, że konieczne jest nie tylko wypowiedzenie tych umów, ale też jak najszybsze doprowadzenie do utraty przez nie mocy prawnej tzn. skrócenie okresu przejściowego w jakim te umowy po wypowiedzeniu będą dalej obowiązywać. Dlatego też w kierownictwie MSP zapadła decyzja, żeby po dokonaniu wszelkich analiz zysków i strat, doprowadzić do jak najszybszego wygaszenia tych umów” – dodawał wiceminister.

To skłoniło mnie do takiego komentarza na Twitterze:

 

 

Dlaczego fatalna? Ano dlatego, że odbiera ochronę zagranicznym inwestorom (z której skwapliwie korzystali, tylko teraz toczy się 11 postępowań),  ale co gorsze pozbawia tej ochrony polskie firmy, które coraz odważniej ruszają na podbój zagranicznych rynków. O tym że nie wszędzie są przyjmowane z otwartymi ramionami świadczą kłopoty producentów żywności w Czechach, boje Orlenu z litewskim rządem, czy restrykcje nakładana na polskie firmy transportowe w Niemczech.

Dość szybko zareagował resort skarbu przekonując mnie, że ministerstwo nie ma złych intencji. Po południu biuro prasowe rozesłało komunikat zmieniając front. Po pierwsze, to nie resort skarbu zdecydował, lecz ministerstwo rozwoju, a skarb jedynie realizuje zadanie. Po drugie, nie ma decyzji o możliwe szybkim wypowiedzeniu umów, lecz „jeśli międzyresortowa analiza tych umów wskaże na konieczność ich wypowiedzenia, rząd przeprowadzi to z poszanowaniem prawa międzynarodowego i dobrych obyczajów”. Po trzecie, nie wynika to z chęci zaoszczędzania na kosztach postępowania lecz ponieważ „umowy BIT budzą wątpliwości w Unii Europejskiej, m.in. z punktu widzenia swobody przepływu kapitału”.

Jeśli wypowiedzi wiceministra w Sejmie były tylko nieścisłe to większego problemu nie ma, choć nie świadczą dobrze o strategii komunikacyjnej wiceministra. Gorzej, jeśli poranne wypowiedzi wiceministra szczerze oddały prawdziwy cel zmiany – chęć ograniczenia praw zagranicznych inwestorów. To, niewątpliwie zniechęciłoby ich od robienia biznesu w Polsce, a po obniżce ratingu i obawach o zmianę kursu gospodarczego, przesadnie chętni nie są.

Niedługo po tym, jak słowa wiceministra pojawiły się na pb.pl otrzymałem telefony od przedsiębiorców z hipotezami do czego zmierza rząd. Jeden wskazywał, że w ten sposób rzad chce się wywinąć od trwających postępowań, bo boi się przegranej.Druga teoria jest jeszcze gorsza – rząd szykuje się do walki z zagranicznymi inwestorami i dlatego chce im zmniejszyć możliwości obrony. Obawia się np. arbitrażu za przewalutowanie kredytów frankowych (wspominał o tym właściciel BPH), podatek handlowy. Ale nie myśli tylko o defensywie, ale i ofensywie – może chcieć nacjonalizować biznesy np. media lub banki, wszak co i rusz mówi o konieczności „zwiększenia polskiego kapitału w tych sektorach”. Oby te hipotezy były tylko czarnymi scenariuszami, które pozostaną na papierze.

Grzegorz Nawacki
Grzegorz Nawacki