Silny złoty – klątwa czy błogosławieństwo?

Od roku 2000 złoty umacnia się do zarówno do dolara, a dynamika tego umocnienie znacznie wzrosła po wejściu Polski do Unii Europejskiej w maju 2004 roku. W stosunku do euro sytuacja wygląda nieco inaczej, bo do momentu wejścia do UE złoty tracił do europejskiej waluty, a potem dopiero zaczął się w stosunku do niej wzmacniać. Trend jest bardzo silny, bo od 2000 roku wartość dolara spadła z 4,73 złotego do 2,73, czyli o 42 procent. Wartość euro też całkiem poważnie od 2004 roku się obniżyła – z 4,90 złotego do 3,77, czyli o 24 procent. W latach 2000 – 2004 za umacnianie się złotego do dolara i tracenie w stosunku do euro odpowiadała sytuacja na rynkach światowych. Dolar szybko tracił do euro – w ciągu czterech lat stracił ponad 60 procent – i to właśnie było powodem ruchów kursów na naszym rynku. Była to sytuacja, z punktu widzenia interesów polskiej gospodarki, najlepsza z możliwych, ale o tym niżej. Po wejściu do UE polska waluta zaczęła się zachowywać zupełnie inaczej. Nadal wartość dolara malała ze wzrostem kursu EUR/USD (czyli z osłabieniem dolara do euro), ale pojawił się też nowy trend – im wyżej był kurs EUR/USD tym mocniejszy był złoty również w stosunku do euro. W tych ostatnich 3 latach zloty był silny swoją własną siła, a nie tylko siłą euro.

Zanim napiszę o wpływie silnego złotego na gospodarkę i życie Polaków poświęcę jeszcze kilka słów mechanizmom, które naszą walutę wzmacniały. Spory wpływ miała różnica stóp procentowych i zdecydowany wzrost apetytu na ryzyko na rynkach światowych. Gracze globalni w ostatnich 4 latach przestali się bać ryzyka związanego z inwestowaniem na rynkach krajów rozwijających się (a Polska ciągle jest w tym koszyku). Szczególnie zachęciły ich do tego niskie stopy procentowe w USA, UE i Japonii. Na tym tle stopy procentowe w Polsce były wysokie, a to musiało przyciągać kapitał. Poza tym sprzyjał złotemu, tak jak i akcjom, proces carry trade, czyli zaciągania kredytów w słabej, nisko procentowanej walucie i inwestowania na rykach bardziej ryzykownych. Dodatkowym elementem, ostatnim, ale nie co do znaczenia, był napływ środków unijnych (euro zamienia się na złotego), gra przed wejściem Polski do strefy euro, czy napływ pieniędzy polskich emigrantów zarobkowych. Są możliwe do wyobrażenia impulsy, które naszą walutę mogą osłabić, ale nie tego dotyczy ten komentarz, więc nie będę o tym pisał. Wspomnę tylko, że jeśli nic się na świecie nie wydarzy to ostatni kwartał roku powinien znacznie złotego wzmocnić. Tak zawsze się dzieje w końcu roku.

Weźmy się jednak za bary z podstawowym pytaniem: czy mocny złoty jest nieszczęście, czy błogosławieństwem dla gospodarki i dla wszystkich Polaków. Niejeden Czytelnik powie, że jeśli dla gospodarki to i dla wszystkich Polaków, ale tak według mnie nie jest. To jednak też jest temat dla zupełnie innego komentarza. Większość krajów uważa, że zbyt silna waluta szkodzi gospodarce. Nie bez powodu Francja od dawna atakuje ECB za dopuszczanie do wzrostu wartości euro, a nowy prezydent Nicolas Sarkozy, chce nawet, żeby bank interweniował na rynku w celu osłabienia europejskiej waluty. Pojawiały się też głosy o wyjściu ze strefy euro – w tym celują z kolei Włochy. Powody do zadowolenia ma jednak George Bush. Słaby dolar znacznie zwiększa konkurencyjność gospodarki USA na rynku światowym, a to pozwala na utrzymanie wzrostu gospodarczego. Jednak i dla USA słaba waluta ma swoje minusy. Co prawda fakt wyceniania większości towarów, a szczególnie surowców w dolarach USA ogranicza wpływ słabej waluty na wzrost inflacji, ale tego wpływu nie likwiduje. Od dawien dawna na ryku finansowym obowiązuje korelacja zgodnie z którą im słabszy jest dolar tym bardziej drożeją surowce, a wiec i ceny (szczególnie paliw i energii).

Dla Polski idealny był układ z lat 2000 – 2004. Złoty zyskując do dolara zmniejszał presję inflacyjną, bo wyceniana w dolarach ropa drożała w złotych wolniej. Gdyby na przykład dolar nadal kosztował 4,73 złotego to litr benzyny kosztowałaby zapewne dzisiaj około 7,5 złotego. Pomijam tutaj wpływ akcyzy, którą rząd całą pewnością musiałby znacznie obniżyć. Widać więc, że w tym konkretnym przypadku nie można przecenić siły naszej waluty. Z kolei tracąc do euro złoty pomagał podstawie rozwoju gospodarki polskiej, czyli eksportowi. Polski eksport w ponad 70 procentach trafia do strefy euro, więc im słabszy jest złoty tym więcej złotówek dostają eksporterzy za swoje towary. Po wejściu do Unii Europejskiej ta idylla się skończyła.

Już parę lat temu mówiło się, że silny złoty zaszkodzi gospodarce, bo ograniczy eksport, ale do tego roku tak się nie stało. Z dwóch zapewne powodów. Po pierwsze eksporterzy są często również importerami kupującymi za granicą Polski materiały i podzespoły do swojej produkcji, więc silny złoty zmniejsza ich koszty. Po drugie siła złotego wymusiła na producentach posunięcia zwiększające wydajność pracy. Tyle tylko, że zawsze jest gdzieś granica, po której przekroczeniu tego typu czynniki przestają działać, a silna waluta zaczyna naprawdę szkodzić ograniczając konkurencyjność lub zyski (albo jedno i drugie). Wydaje się, że obserwujemy właśnie taki proces, bo dynamika wzrostu eksportu spada z miesiąca na miesiąc.

Silnym złotym cieszą się ci Polacy, który zaciągali kredyty walutowe, bo kupno mieszkań i innych dóbr konsumpcyjnych kosztuje ich mniej niż gdyby były to kredyty złotowe. Zachwyceni są też turyści, których zwiedzania świata lub odpoczynek w różnych znanych kurortach kosztuje coraz mniej. Poza tym tanieje import zagranicznych produktów, co powoduje, że coraz częściej kupujemy właśnie towary importowane z zza granicy. Ma to jednak również swoje złe strony. Kupując zagraniczne towary zwiększamy deficyt handlowy, a to na dłuższą metę może się skończyć bardzo źle. Poza tym zmniejszają się przeliczana na złotówki fundusze unijne, co ogranicza wspomaganie wzrostu gospodarczego.

Jak widać mamy z jednej strony eksporterów, deficyt handlowy i środki unijne, a z drugiej kredyty walutowe, turystykę i inflację. Jak się to uprości do takiej postaci to wydaje się prawie oczywiste, że zbyt silny złoty w końcu zaszkodzi gospodarce. Tyle tylko, że niewiele można w tej sprawie zrobić. Trzeba potężnej siły i wiedzy Banku Japonii (BoJ), żeby interweniować na rynku walutowym. BoJ robi to niezwykle umiejętnie – osłabia jena w momentach krytycznych z punktu widzenia analizy technicznej, a resztę robią już spekulanci. NBP nie ma ani siły ani chęci do podejmowania interwencji, ale jestem więcej niż pewien, że jeśli nasza waluta będzie się nadal wzmacniała to niedługo politycy zaczną naciskać na bank centralny, żeby coś z tym zrobił.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński