Standard & Poor’s ma rację…

…ale podjął bardzo złą decyzję. Karcąc polityków za osłabianie niezależności instytucji państwa, podkopuje wiarę w pełni zdrowe fundamenty gospodarki.

REUTERS/Brendan McDermid/Files

Jeśli ktoś uwierzył, że dla rynków finansowych liczą się tylko statystyki: dług, deficyt czy wzrost PKB, to piątkowa decyzja agencji ratingowej Standard & Poor’s wyprowadzi go z błędu. Obniżka oceny kredytowej do „BBB+” z „A-” i nadanie jej perspektywy negatywnej, chociaż od roku byliśmy pozytywnie wyróżniani przez agencję, to kubeł zimnej wody dla wszystkich rządzących. To nie jest tylko kwestia słabego PR za granicą czy niemieckiego spisku.

  1. Decyzja przyszła w momencie, gdy minister finansów zaczyna walczyć z rządowymi kolegami o racjonalizację albo wręcz porzucenie nieprzemyślanych obietnic wyborczych. Teraz może być mu paradoksalnie łatwiej, chociaż słuchając komentarzy polityków ma się wrażenie, że duża część drużyny od „dobrej zmiany” woli deprecjonować ratingi i wydające je instytucje, niż dostrzec belkę we własnym oku. To politycy, dla których jeśli liczby to tylko w sondażach, reszta to wymysł chciwej lichwy i banksterki. Na szczęście są też tacy w rządzie, stojący na gospodarczym froncie, dla których jest to wyzwanie do podjęcia i próba sił na argumenty. Mogą wygrać z ocenami S&P, pod warunkiem, że będą używali liczb. Te zaś bronią nas od 2008 r., czyli wybuchu kryzysu. Kryzysu, do którego nie doprowadziły agencje ratingowe, które nie mylą się częściej niż politycy, prezesi firm czy my sami w swoich ocenach i decyzjach. Agencje płacą kary za swoje błędy, płacą je też banki i państwa.
  2. W tym roku pożyczymy na rynkach finansowych 182 mld zł. Blisko 40 proc. z naszego długu jest w rękach inwestorów zagranicznych, najwięcej u tych z USA. Dla Amerykanów, których kraj też został co najmniej kontrowersyjnie potraktowany w 2011 r. przez S&P, oceny agencji są wciąż ważne. Jeśli nasz rating spadnie zbyt nisko, to nikt nie kupi naszych obligacji. Wśród inwestorów zagranicznych kupujących polski dług w złotym blisko 25 proc. stanowią banki centralne. Najlepsza kategoria inwestora na świecie, której zakupy to certyfikat jakości widoczny dla całego świata. Oni mogą już nie kupować od kraju z kategorii „BBB”. Przez lata kryzysowe przeszliśmy mało poobijani, wielkich spekulantów na naszym rynku nie było i zaczęliśmy być postrzegani jako bezpieczna przystań z niezłą stopą zwrotu. Łaska rynków na pstrym koniu jeździ, a płoszyć go nie warto. Co nie znaczy, że mamy pokornie spuszczać głowę, gdy nie zgadzamy się z tym jak nas widzą. Czasem trzeba się z koniem kopać.
  3. Można ostatni raport S&P nazwać publicystyką, ale dla naszej gospodarki i wysiłku wielu przedsiębiorców jest to publicystyka miła dla ucha. Na cenzurowanych znaleźli się politycy. Czy jest w opinii agencji przekłamanie? Nie, wszystkie fakty, decyzje i ich konsekwencje się zgadzają. Czy z tych faktów wynika, że Polska jest w ruinie? Nie, dzisiaj nie jest, ale skoro można podważyć zaufanie obywateli do instytucji własnego państwa, to co powiedzieć o inwestorach. Czy zasłużyliśmy na takie potraktowanie przez S&P? Nie, pewnie wystarczyłoby dać nam jedynie gorszą perspektywę ratingu i pokazać co jest ważne dla rynków, które używają tych kierunkowskazów, żeby wiedzieć gdzie i jak lokować kapitał. Pytaniem jest: czy sama negatywna perspektywa wpłynęłaby na kierunki zmian w Polsce? Nie. Czy zmieni je obniżka ratingu? Śmiem wątpić. Łatwiej jest ciągle zbijać termometr niż zastanowić się czy temperatura nie jest za wysoka. Pacjent mógł jeszcze nie zauważyć, że choruje albo nie wie co mu dolega. Lepiej, żebyśmy sami postawili diagnozę i rozpoczęli kurację, niż zrobię to za nas agencje ratingowe.
Bartek Godusławski
Bartek Godusławski