Strachy na lachy, czyli wpływ byłego premiera na WGPW

W minionym, przedświątecznym tygodniu dwa równoległe wydarzenia były w centrum uwagi rynków finansowych. Chodzi oczywiście o szukanie posady dla byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza i o krach w Tajlandii. Pierwsza sprawa wywołała wiele emocji. Prawdę mówiąc te emocje podgrzewały media najwyraźniej nie mając przed Świętami Bożego Narodzenia innych tematów. Mnożyły się spekulacje i domysły, a gazety poświęcały im całe strony tak jakby od tego, jakie stanowisko obejmie były premier zależał los Polski. Nawiasem mówiąc media twierdzą, że niedługo Bronisław Wildstein przestanie być prezesem TVP. Może więc tam byłoby miejsce dla najbardziej popularnego polityka, który słynie z „piarowskich” umiejętności? To oczywiście żart, chociaż… Skoro mówiło się o tym, że może objąć fotel prezesa NBP to dlaczego nie TVP?

Jeśli już mówimy o NBP to wybór prezesa zamienił się komedię pomyłek. Kandydat wybierany podobno przez dziewięć miesięcy zrezygnował dzień po ogłoszeniu, że zostanie przedstawiony Sejmowi, a nowego nie widać. 10 stycznia Leszek Balcerowicz odchodzi, a Polska nie wie, jakie poglądy będzie miał nowy szef banku centralnego. W krajach rozwiniętych kandydat na to stanowisko jest przedstawiana na wiele miesięcy wcześniej po to, żeby można było go dobrze prześwietlić. U nas jest inaczej. Zaskoczenie będzie pełne, bo skoro pierwszy kandydat był spoza listy faworytów to i następne też prawdopodobnie taki będzie. Ciekawym, co nie znaczy, że akceptowalnym przez rynki, kandydatem był Ryszard Bugaj, były szef Unii Pracy. Wydaje mi się jednak nieprawdopodobne, żeby prezydent Lech Kaczyński wybrał kandydata, którego za podsuwa„Trybuna”. To był ze strony „Trybuny” klasyczny pocałunek śmierci. Czekamy w napięciu mając nadzieję, że nie będzie to ktoś, kto powie to, czego od niego żąda Roman Giertych – że jest przeciwny wejściu Polski do strefy euro. Gdyby jednak tak się stało to rynek walutowy pokazałby jak szybko silna waluta może zamienić się w słabą.

Wróćmy jednak do tytułowego bohatera. Taka histeria mediów byłaby może nawet dosyć zabawna, gdyby nie to, że jej apogeum przypadło na okres, kiedy to w Tajlandii indeks SET załamał się i spadł o 15 procent. Ta przecena wywołana była decyzją banku centralnego, który postanowił walczyć z umacniającymi tajską walutę (bahta) zagranicznymi spekulantami. Banki muszą teraz blokować przez rok 30 procent nowych wpływów zagranicznych. Jeśli tego nie zrobią to zapłacą 10 procentową karę. To też jest zresztą komedia, tyle, że raczej tragikomedia, bo taki krach wywołał błyskawiczną reakcję wojskowego rządu Tajlandii (niedawno wojsko dokonało tam zamachu stanu). Minister finansów, anulował część postanowień banku centralnego. Teraz ograniczenia dotyczą jedynie kapitału zainwestowanego w obligacje i inne komercyjne papiery wartościowe, ale wyłączone zostały inwestycje w akcje. Jak widać czasem dyktatura potrafi robić pożyteczne rzeczy. Można powiedzieć, że nie ma to jak oświecony dyktator ;-) . Indeks SET następnego dnia wzrósł o 11 procent. Można sobie wyobrazić jak wielu inwestorów straciło (ale i zarobiło) na tej huśtawce.

A co wspólnego ma nasz bohater z Tajlandią? Otóż niektórzy komentatorzy twierdzili, że spadki cen polskich akcji spółek z udziałem skarbu państwa wynikają z niepewności, co do losów ich szefów, których mógłby zastąpić Kazimierz Marcinkiewicz… Tyle tylko, że Węgier wpływy Kazimierza Marcinkiewicza nie sięgają, a tam indeks BUX spadł we wtorek o 2,3 procenta. Zresztą następnego dnia kurs akcji banku PKO BP, na którego szefa media typowały byłego premiera, wzrósł. Tak to czasem można w giełdowym i informacyjnym szumie źle połączyć skutek z przyczyną.

Życzę wszystkim Czytelnikom spokojnych świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego roku 2007.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński