Sumienie liberała

Tytuł tego wpisu jest zwodniczy. Widząc go każdy pewnie pomyśli, że piszę o polskich neoliberałach, a tymczasem nie będzie w tym tekście niczego na ich temat. No, może prawie niczego. Skąd to „prawie”? Trzeba przeczytać, żeby się dowiedzieć. Tytuł jest zwodniczy, bo chcę napisać o niedawno przeczytanej książce: „The conscience of a liberal: reclaiming America from the right” (Sumienie liberała – odbierając prawicy Amerykę) Paula Krugmana (nie ma polskiego tłumaczenia). Autor książki wykłada na Uniwersytecie Princeton (stosunki zagraniczne i gospodarka). Jest też uznanym, nagradzanym publicystą – między innymi co dwa tygodnie publikuje w The New York Time. Niewątpliwie jest też zwolennikiem partii Demokratycznej i z jej pozycji napisał tę książkę.

Obecnie, kiedy czekamy na wybory w USA tekst Krugmana ma szczególną wymowę, ale nie był pisany „pod wybory”. W USA książka wydane była w 2007 roku (w Wielkiej Brytanii w 2008 roku). Nawet jeśli Barack Obama wybory przegra, czego niestety z wielu powodów się spodziewam, to jej aktualność nie zniknie. Gdyby wybory wygrał to ma szansę rozpocząć potężny proces, który z czasem zmieni światową gospodarkę. Zwodniczość tytułu wynika z interpretacji słowa „liberał”. U nas jest ona krańcowo różna od tego, co określa w USA. W Stanach liberał to zwolennik partii Demokratycznej, czyli klasycznego liberalizmu. U nas mianem liberała zazwyczaj określa się neoliberała bardzo często z konserwatywnym światopoglądem. W USA taki pogląd to neokonserwatyzm (stąd termin „neocon”).

W tym tekście spróbuję zarysować z grubsza główne tezy Krugmana, ale z całą pewnością nie opiszę wszystkiego. Będę też pomijał dane, którymi autor wspiera swoje rozumowanie, ale ręczę za to, że są one solidne. Wszystko, co czytelnik znajdzie w tek książce jest dobrze udokumentowane. Można dyskutować nad interpretacją i wnioskami, ale faktom zaprzeczyć nie można.

Krugmana twierdzi, że historia zatoczyła koło. Co prawda podobno historia powtarza się najczęściej jako farsa, ale tym razem było nieco inaczej. Do lat trzydziestych XX wieku trwała w USA tzw. Gilded Era (można to przetłumaczyć na „złota era”). W tym okresie kapitalizm w swoje wczesnej fazie doprowadził do olbrzymich nierówności i akumulacji bogactwa. Umownym końcem tego okresu był krach na giełdzie w 1929 roku i trwająca potem Wielka Depresja. W tym okresie, w roku 1933 prezydentem został Franklin Delano Roosevelt (był nim do 1945 roku), który zapoczątkował zmiany określane jako New Deal. Prowadziły one do powstania państwa dobrobytu (welfare state).

Wojna dodatkowo wzmocniła podstawy tego państwa. Doprowadziła również do konsensu – żadna partia nie ośmielała się podważyć podstaw tego nowego układu. Autor twierdzi, że Partia Republikańska (GOP) pogodziła się z tym w roku 1948. A nie było to proste, bo przecież prezydent Roosvelt był przez wielki biznes znienawidzony. Jego administracja bardzo popierała na przykład tworzenie związków zawodowych. Uważano wtedy, że z dialogu potężnego biznesu z silnymi związkami zawodowymi rodzi się porozumienie, które sprzyja poszerzaniu klasy średniej. „Uzwiązkowienie” wzrosło w latach 1935 – 1945 z 12 do 35 procent. Jeszcze w 1970 roku wynosiło 27 procent. Teraz to tylko 12 procent (podobnie jak w Polsce).

Nie tylko dzielność związków zawodowych sprzyjała zmniejszeniu nierówności oraz poszerzeniu klasy średniej. Progresywny system podatkowy odebrał najbogatszym ich niskie podatki (nie przeszkodziło to w szybkim wzroście gospodarczym). Poza tym w czasie wojny wprowadzono kontrolę płac. National War Labor Board działało 4 lata w latach 40. Zasady jego działania doprowadzały do znacznego spłaszczenia wynagrodzeń. Co bardziej istotne – po wojnie system płac nie wrócił do obowiązującego w czasach Gilded Era. Dlaczego? Ano dlatego, że po prostu nie wypadało zarabiać obłędnych pieniędzy tylko dlatego, że było się szefem firmy. Nie muszę przypominać, że teraz to wszystko się zmieniło. W latach 70. tych szefowie firm zarabiali około 40 razy więcej niż przeciętny pracownik – obecnie ponad 300 razy więcej.

New Deal doprowadził do bezprecedensowego poszerzenia klasy średniej, której naprawdę wspaniale się powodziło w latach 50. tych i 60. tych XX wieku, ale nie dlatego Partia Demokratyczna była wtedy „na fali”. Krugmana twierdzi, że bez poparcie południowych stanów nie można było wygrać wyborów. A jednak Demokraci wygrywali. Dlaczego? W uproszczeniu można powiedzieć, że wygrywali, bo byli rasistami. Popierali tzw. prawa Jima Crow, czyli utrzymywanie segregacji rasowej (przede wszystkim w południowych stanach) we wszystkich instytucjach publicznych. Dzięki New Deal zdobyli poparcie klasy średniej, dzięki rasizmowi poparcie południowych stanów, więc wygrywali.

Z czasem jednak Demokraci zmienili zdanie i stali się partią równości szans dla każdego. Zrezygnowali z popierania rasizmu. Krugman twierdzi (i podaje liczne przykłady), że w to miejsce wkroczyła Partia Republikańska. Oczywiście, nie było w jej polityce oficjalnego rasizmu, ale nawet w wypowiedziach publicznych Ronalda Reagana można znaleźć liczne mruganie okiem do wyborcy, który doskonale rozumiał, co chce mu się powiedzieć. A to, co chciano mu powiedzieć bardzo się podobało (nadal zakażonym rasizmem) mieszkańcom południowych stanów.

Do wzrostu popularności Partii Republikańskiej przyczyniła się też wojna w Wietnamie i ruch hippisów. Umocniły się postawy konserwatywne, fundamentalistyczne, wzrosła i tak już bardzo duża religijność. Na tej bazie powstał (w latach siedemdziesiątych XX wieku) ruch konserwatywny. Jeśli chodzi o ekonomię to ruch ten wykorzystał myśl ekonomiczną Miltona Friedmana (szkoła chicagowska). Powstawały różne instytucje (think tanks) mające za zadanie tworzenie teoretycznych podstaw ruchu konserwatywnego, ich propagowanie oraz zwalczanie jego przeciwników. Wtedy to nastąpił szybki rozwój American Enterprise Institute, powstała Heritage Foundation oraz Cato Institute. U nas instytucjami z tego samego nurtu są na przykład Centrum Adama Smitha (CAS), czy Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR).

Wszystkie te czynniki doprowadziły do tryumfu ruchu konserwatywnego (czyli neoconów, a w gospodarce neoliberałów). Skończył się międzypartyjny konsensus, a Partia Republikańska zdominowana została przez wyznawców ruchu. Autor twierdzi też, że administracje rządowe wywodzące się z Partii Republikańskiej różnymi metodami (być może również oszustwami) wykluczały niepewne grupy wyborców z udziału wyborach. Przede wszystkim chodziło o ludność imigrancką i kolorowa. Wygrana neoconów doprowadziła do bezprecedensowego rozwarstwienia, zmniejszenia podatków dla bogatych i gwałtownego skurczenia się klasy średniej. Jej realne przychody (po uwzględnieniu inflacji) w ostatnich ponad 20 latach nie rosną, a w niektórych klasach spadają.

Oczywiście powstaje pytanie: dlaczego Amerykanie głosują przeciwko swoim interesom? Krugman twierdzi, że Thomas Frank w swojej książce „Co z tym Kansas?” (What’s the Matter with Kansas?) nie do końca ma rację. To według niego nie jest prawda, że Partia Republikańska wygrywa wybory wyłącznie dlatego, że zdobyła poparcie twardego konserwatywnego i religijnego elektoratu w południowych i środkowych stanach. Owszem, to ma znaczenie, ale jedynie wtedy, kiedy wyniki wyborów są bardzo zbliżone. Autor twierdzi, że nadal najważniejszy jest czynnik rasowy. Republikanie ciągle utrzymują wizerunek partii nadal sprzyjającej w dużej części rasistowskiej ludności tej części USA. Krugmana twierdzi jednak, że od wielu lat zmieniają się proporcje i nastawienia Amerykanów. Coraz mniej jest rasizmu i coraz więcej wykluczonych przedtem imigrantów może głosować. Dzięki temu poszerza się baza Demokratów. Poszerza się i będzie się coraz bardziej poszerzała. Poza tym rośnie głos sprzeciwu spauperyzowanej klasy średniej. Liczne skandale i kryzysy, które od 20 lat targają rynkami finansowymi to też woda na młyn Demokratów.

Jest jeszcze opieka zdrowotna, która dla Krugmana jest sprawą kluczową. Około 50 milionów obywateli USA pozbawionych jest ubezpieczenia zdrowotnego, a nawet ubezpieczeni Amerykanie często nie mają właściwego zakresu ochrony. Prywatny system ochrony zdrowia jest chory. W USA wydatki na osobę są największe na świecie i dwa razy większe niż kraju następnego na liście. USA zajmują jednak 37 pozycję na liście WHO (Światowa Organizacja Zdrowia), jeśli chodzi o jakość opieki zdrowotnej (w całym społeczeństwie). Barack Obama jak wiadomo chce wprowadzić pełne, obowiązków ubezpieczenie zdrowotne na kształt rozwiązań europejskich. Zacięty opór stawiać jednak będę firmy farmaceutyczne i ubezpieczeniowe. Z oczywistych zresztą powodów – zniknie spora cześć nienależnego zysku. Wszystkie siły przeciwko temu projektowi mobilizuje też Partia Republikańska. Dlaczego? Krugman twierdzi, że jeśli Demokraci wprowadzą system ochrony zdrowia na modłę zbliżoną do europejskiej to pokażą, że nieprawdziwe jest twierdzenie: państwowe musi być zawsze gorsze od prywatnego. Nawiasem mówiąc państwowe Medicaid (opieka dla ubogich), czy Medicare (dla starszych Amerykanów) są ponoć zdecydowanie bardziej efektywne, niż prywatny system ubezpieczeń.

Krugman stawia prostą tezę. Uważa, że społeczeństwo amerykańskie idzie w kierunku nowego New Deal (po angielsku „new New Deal” brzmi lepiej). Twierdzi, że to jest nieuniknione i ja się z nim zgadzam. Zmiany demograficzne i ciągłe ubożenie klasy średniej wraz ze zmniejszającym się rasizmem rzeczywiście budują bazę dla zwycięstwa Demokratów. Tak, jak pisałem wcześniej: zakładam, że jednak nie w tym roku. Wiele się jeszcze może zdarzyć do wyborów prezydenckich. Zakładam, że obecna administracja zrobi wszystko, co jest możliwe, żeby pomóc kandydatowi Republikanów. Poza tym wątła przewaga Baracka Obamy wynika według mnie z poprawności politycznej badanych Amerykanów. Do zmiany zapewne nie dojdzie, chociaż zdecydowanie Demokratyczny Kongres znacznie utrudni życie republikańskiemu kandydatowi. Uważam, że jeśli teraz kandydat Demokratów nie wygra to stanie się to za 4 lata (chociaż nie wykluczam, że wygra wtedy Hillary Clinton).

Co z tego wynika dla świata? Wydaje się (chociaż wprost tego Krugman nie mówi), że reforma systemu ochrony zdrowia, stworzenie nowego New Deal, zwiększone regulacje sektora finansów (to stanie się zarówno przy Demokratycznym jak i Republikańskim prezydencie) poprowadzi świat ku zmianie, która będzie ostateczny upadek neoliberalnego porządku. Powstanie coś nowego, coś, co nie będzie klasycznym keynesizmem, ale z pewnością nie będzie już tym, co widzimy obecnie. Zgadzam się z większością tez przedstawionych w „Sumieniu liberała”, ale obawiam się, że promieniuje z niej klasyczny amerykański optymizm. Przejście z Gilded Era do New Deal poprzedził krach na Wall Street, Wielka Depresja i wojna światowa. Inaczej mówiąc zmianę wymusił stan katastrofy. Krugman zdaje się wierzyć, że tym razem uda się zmienić porządek świata bez takich traumatycznych przeżyć. Trudno mi w to uwierzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński