Świat bez banknotów? Niektórym bankom centralnym byłoby to na rękę

W kraju debata ekonomiczna koncentruje się ostatnimi czasy na tzw. planie premiera Morawickiego oraz 100-dniach nowego rządu. Tymczasem świat ma swoje problemy i swoje tematy. Wiele z nich – nie bez powodu – związanych jest z funkcjonowaniem banków centralnych, szczególnie w kontekście ujemnych stóp procentowych. Niedawno np., na łamach „The Washington Post”, były sekretarz skarbu USA L. Summers nawoływał do rezygnacji z wykorzystywania banknotów 100-dolarowych (także dużych nominałów w innych kluczowych walutach takich jak euro czy frank szwajcarski).

Autor twierdzi, że byłby to cios wymierzony w terrorystów, przestępców i oszustów, którzy swoje operacje – ze względów „praktycznych” – opierają na obrocie gotówkowym. Likwidacja dużych nominałów miałaby im np. podnieść „koszty transportu”, utrudniając w ten sposób życie. Gdzie tu odniesienie do polityki monetarnej? Na pozór nie ma, ale warto przypomnieć, że autor to od jakiegoś czasu piewca teorii o „sekularnej stagnacji” (trwałego zahamowania wzrostu gospodarczego). Swoje przekonania w tym zakresie przypomniał właśnie w najnowszym numerze Foreign Affairs; w artykule „The age of secular stagnation” mówi m.in. o potrzebie przygotowania planów na wypadek konieczności stosowania ujemnych stóp. W tym szerszym kontekście artykuł z „The Washington Post” nabiera moim zdaniem innego charakteru. Można go odczytywać jako element owego „przygotowania”, które ma pomóc w przesunięciu granic polityki monetarnej. Ale po kolei.

Ograniczanie wielkości nominałów, to jeden z kierunków, w którym będą prawdopodobnie parły w najbliższych latach liczne banki centralne. W ślad za tym będą szły działania mające na celu dalsze ograniczanie wykorzystania gotówki w obrocie. W Europie prekursorami w tym zakresie są kraje skandynawskie. Dania rozważa np. zwolnienie niektórych placówek handlu detalicznego z obowiązku przyjmowania zapłaty w gotówce. Z kolei o całkowitym wycofaniu z obiegu monet i banknotów myślą na poważnie Norwegowie i Szwedzi. Już dziś powszechnym zjawiskiem w świecie jest wprowadzanie obowiązku obrotu bezgotówkowego, przy określonym poziomie transakcji (z reguły coraz niższym). Jako główny argument wszelkiego tego typu działań przywołuje się kwestie ekonomiczne; znacznie niższy koszt transakcji bezgotówkowej niż gotówkowej oraz eliminowanie szarej strefy.

Choć wskazywane argumenty są jak najbardziej prawdziwe, to warto zauważyć, że banki centralne nie mówią nic o innej, bardzo istotnej przesłance, która może skłaniać je do eliminowania obrotu gotówkowego. Ta przesłanka związana jest z obecnym (a jeszcze bardziej z przyszłym) kształtem polityki monetarnej. Otóż połączenie deflacji i słabego wzrostu gospodarczego skłania coraz większą liczbę banków centralnych do wkraczania na pole ujemnych stóp procentowych. Abstrahując od tego czy taka polityka ma sens warto zauważyć, że podejmując tego typu działania banki centralne napotykają istotne ograniczenie wynikające z faktu, że jest coś takiego jak „gotówka”. Dlaczego? Otóż ujemne stopy procentowe mają – w pewnym uproszczeniu – „karać” oszczędzanie, tym samym skłaniać posiadaczy środków do tego by je wydawać, wspierać tym samym popyt w gospodarce, wspierać koniunkturę. Tymczasem „gotówka” ma tę właściwość, że jej posiadanie nie przynosi wprawdzie odsetek, ale nie można jej także obciążyć ujemnymi odsetkami. W sytuacji ujemnych stóp procentowych gospodarstwa domowe (trudniej to sobie wyobrazić w przypadku firm, zwłaszcza dużych) mogą więc omijać politykę banków centralnych przenosząc swoje oszczędności do przysłowiowego materaca (w dzisiejszych czasach częściej pewnie do masywnego sejfu). Łatwiej im to robić przy pomocy dużych nominałów, to dlatego te ostatnie stały się ostatnimi czasy „wrogiem” banków centralnych.

Oczywiście, jeśli ujemne stawki są niewielkie – rządu np. dziesiątych części procenta – skala „ucieczki” w gotówkę (w banknoty o dużych nominałach) jest stosunkowo niewielka. W końcu trzymanie gotówki też wiąże się z kosztami (chociażby samego sejfu). Wygląda jednak na to, że niektóre banki centralne na poważnie liczą się z tym, że w określonych warunkach ujemne oprocentowanie może sięgać 2, 3 czy nawet 5%. Wówczas skala ucieczki do gotówki byłaby już znacznie większa. Dlatego też niezbędne jest przygotowanie gruntu pod taki scenariusz; przyzwyczajenie społeczeństwa do funkcjonowania w świecie „bez gotówki”. W takim – idealnym dla banków centralnych świecie – będzie można skutecznie obłożyć społeczeństwo swego rodzaju „podatkiem za zaniechanie konsumpcji”. Oszczędzanie zmieni swoją naturę – odkładanie środków stanie się nieco podobne do wykupywania polisy ubezpieczeniowej; by móc skorzystać z określonej puli oszczędności w przyszłości, trzeba będzie za to zapłacić!

Przy okazji warto zauważyć, że przeprowadzane w nieskoordynowany sposób pogłębianie ujemnych stóp procentowych może prowadzić do znacznych międzynarodowych przepływów kapitałowych, a tym samym dużej zmienności rynków. Zamiast bowiem „uciekać” w gotówkę środki mogą być zamieniane na inną walutę i transferowane do innych krajów. Paradoksalnie ucieczka kapitału to w określonych warunkach jeden z pożądanych efektów ujemnych stóp – prowadzi bowiem do osłabienia lokalnej waluty, a to z kolei jeden z możliwych kanałów pobudzania inflacji.

Na koniec warto postawić pytanie, kiedy możemy mieć do czynienia z tego typu procesami? Wydaje się, że nie musi to być wcale odległa przyszłość. Już najbliższa recesja może skłonić niektóre banki centralne – ze względu na ograniczony arsenał innych instrumentów – do podejmowania tego typu działań. Na szczęście u nas w Polsce wciąż poruszamy się w ramach konwencjonalnej polityki monetarnej i powinniśmy usilnie dbać o to, aby tak zostało.

Andrzej Halesiak
Andrzej Halesiak