Teo – człowiek z telewizji: byliśmy królikiem

Chociaż nie spodziewałam się tego w chwili startu z Warszawy, w Grecji mam okazję porozmawiać z Theofilosem Vafidisem – Grekiem na co dzień mieszkającym w Warszawie, dobrze znanym Polakom m.in. z programu TVP „Europa da się lubić”. Dzisiaj Teo prowadzi z żoną w Polsce własny biznes i z tego powodu, jak i z racji pozostawionej tu rodziny, co jakiś czas bywa w tej części Europy.

Teo - człowiek z telewizji: byliśmy królikiem

Na co dzień wypowiada się raczej na temat kulinariów albo podróży, ale nie tym razem, Panie Vafidis! Prosząc o krótką rozmowę, z góry zapowiadam temat: kryzys.


Teo [szybko przechodzimy na ty] uważasz, że Polska może wkrótce podzielić los Greków?

Myślę, że nie.

Nie?

Nie, bo po pierwsze jeszcze nie przyjęła euro; to może nastąpić dopiero za kilka lat. Grecja była w tym zakresie królikiem doświadczalnym dla Europy. Nie był na to przygotowany ani sam kraj, ani cała Unia Europejska. Natomiast kiedy już stało się oczywiste, że pojawił się ekonomiczny problem, zbyt długo myślano nad jego rozwiązaniem. Nie byłoby może tak źle, gdyby wszystkie decyzje podejmowano szybciej. Tymczasem odbywały się kolejne spotkania, po nich jeszcze następne – za to wszystko płaciła Grecja. Myślę, że dopiero teraz Unia wie, w którą stronę mogą rozwijać się takie wydarzenia.

Masz ciągły kontakt z Grekami. W jaki sposób prezentowano w mediach to, co się dzieje w ich kraju? Straszono obywateli, obiecywano im, że będzie lepiej…?

Straszono, i to bardzo mocno. Ale Grek inaczej nie zrozumie, nie zrozumie wagi problemu, jeśli powiesz mu „Wiesz, jest taki problem…, raczej damy radę…”. Nie. Myślę, że to była dobra decyzja, że media od razu mocno atakowały tematem kryzysu.

Ale z moich dotychczasowych rozmów z Tobą dość jednoznacznie wynika, że w telewizji, radiu trochę przesadzano.

No tak, chociażby mówiąc o skali zamieszek w Atenach. Uczestniczyło w nich 250 tys. osób. Tylko że w Atenach mieszka 5 milionów osób, a w całej Grecji – 11 milionów.

W to wszystko mieszano nawet Twoją mamę. (śmiech).

Jako Grek uczestniczyłem w ostatnich latach w wielu dyskusjach dotyczących wydarzeń w Grecji i pamiętam, że dziennikarze pytali mnie nawet o to, jak – wobec zamieszek w stolicy – moja mama radzi sobie z robieniem zakupów. Tyle tylko, że moja mama mieszka w Seres. Pytam się – po co ona miałaby chodzić na zakupy do centrum Aten?

No i ci Niemcy.

Niemcy przesadzali, można powiedzieć, że stosowali chwyty poniżej pasa. A dzisiaj dziwią się, dlaczego tak źle pisze się o nich w Grecji.

Ale nie Niemców obwinia się o kryzys. Kto, zdaniem przeciętnego Greka, powinien ponieść odpowiedzialność za taki, a nie inny bieg wydarzeń? Politycy, banki?

Kryzys w Grecji nie był problemem bankowym, ale politycznym. Problem rozwinął się jednak nie tylko przez nich, ale też przez zwykłych ludzi. Nie możesz, zarabiając 1000 euro, wydawać 1300. Uda ci się jeden miesiąc, drugi, masz jedną kartę kredytową, później kolejną. Takie karty w Grecji zaczęli też nagle mieć również ludzie bez pracy. A jak dawano, ludzie brali. Oprocentowanie kredytów było niskie, Grecy pokupowali wiele domów, na kredyt był samochód i inne sprzęty. A teraz ceny idą do góry, natomiast pensje w dół. Grecja idzie dzisiaj do tyłu i nie rozwija się.

**

Dalsza część rozmowy schodzi na turystykę, bo Teo wielkim fascynatem wysp cykladzkich jest. Okazuje się, że jesteśmy zgodni co do tego, że mając takiego asa w rękawie, w tych trudnych dla siebie czasach Grecy nie wykorzystują własnego potencjału. – Nie wystarczy być na targach, mieć plazmę, na niej słońce i plaże i ładne hostessy rozdające prospekty – słyszę. Jest w tym wszystkim odrobina goryczy, jako że Grecja przez ostatnie 6 lat turystycznie niewiele zrobiła na polskim rynku.

Czy ktokolwiek pamięta jakieś helleńskie billboardy?

plakaty promujące Grecję

plakaty promujące Grecję

Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak