Trochę historii

Na rynkach trwa teraz nieśmiała (bardzo na razie nieśmiała) korekta. Nic się tak naprawdę nie dzieje. Wykorzystałem czas tego względnego uspokojenia, żeby sięgnąć do historii. Komentarze do poprzedniego wpisu często były bardzo „niedźwiedzie”, a ja sam też (aczkolwiek bez wielkiego przekonania) przywoływałem krach z 1929 roku. To są zbyt zamierzchłe dzieje, bo przecież rynki kapitałowe od tego czasu znacznie się rozwinęły, wypracowano wiele mechanizmów ochronnych, charakter rynku akcji się generalnie zmienił. Spojrzałem jednak na wykresy z roku 1987 i 2000/2001 szukając jakichś cech wspólnych współczesnej bessy (krachu).

Okazało się ze na przełomie wieków przecena rozpoczęła się w kwietniu 2000 roku i trwała niecały miesiąc. Indeks S&P spadł w tym czasie o 11 procent. Potem indeksy rosły do września, kiedy to S&P 500 był już znowu bliski pobicia rekordu wszech czasów (brakowało około 0,5 proc.). Od tego momentu rozpoczęła się bessa, która trwała 2,5 roku. Indeks w tym czasie spadł o 45 procent. Dużo krócej trwała bessa w 1987 roku, ale i wtedy indeks stracił w ciągu kliku sesji prawie 7 procent. Potem wzrósł w ciągu 2 miesięcy o około 4,5 procent. W tym momencie zaczął się osuwać, co trwało 6 sesji, po których nastąpiło przyśpieszenie spadków (3 sesje) i w końcu krach – jednodniowy spadek indeksu o ponad 20 procent. Prowadzę do tego, że w obu przypadkach pierwsze spadki były jedynie sygnałem ostrzegawczym. Było jeszcze mnóstwo czasu, żeby wyjść z rynku z dobrymi cenami przed całkowitym się jego zawaleniem.

Dlaczego trwało to tak długo? Zapewne dlatego, że w czasach hossy ludzie się przyzwyczajają, że indeksy po korektach znowu rosną i zbyt szybko wracają na rynek. Hasłem dnia stało się ostatnio twierdzenie: „inwestowanie w akcje w długim okresie zawsze przynosi zyski”. Pomija się milczeniem niewygodne przykłady japońskiego Nikkei i amerykańskiego NASDAQ. Nikkei w ostatnim handlowym dniu 1989 roku sięgnął poziomu 38.900 pkt. Był to oczywiście rekord wszech czasów. Potem spadał (z wieloma korektami) aż do kwietnia 2003 sięgając poziomu 7.607 pkt. (80 procent spadku). Od tego czasu wzrósł do chwili rozpoczęcia obecnej korekty o blisko 140 procent. Ale w stosunku do 1990 roku jest nadal niższy o ponad 50 procent. Minęło 17 lat. Ile lat muszą jeszcze czekać inwestorzy, którzy kupowali akcje w końcu lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych XX wieku? Optymiści powiedzą, że to wyjątek od reguły. Można jednak spojrzeć również na amerykański NASDAQ, który od szczytu w 2000 roku przez 2,5 roku stracił 80 procent, a teraz, w 7 lat od szczytu z 2000 roku traci nadal ponad 50 procent. Rynki potrafią być okrutne, a ludzie nie żyją tak długo jak żółwie na Galapagos. Perspektywa kilkudziesięciu lat, w którym to okresie mają szansę odrobienia strat jest stanowczo zbyt długa.

Hasłem dnia powinno więc być „inwestowanie w akcje w długim okresie najczęściej przynosi zyski, ale może to być czas bardzo długi”. To takie memento na dzień dzisiejszy, kiedy to wszyscy inwestorzy zastanawiają się, co mają robić. Na razie nic, bo jak mawia powiedzenie „listonosz zawsze dzwoni dwa razy”. Przyjdzie odbicie i wtedy trzeba myśleć nad tym, czy wychodzić z akcji czy nie. Uważam, że jak już opadnie kurz to trzeba będzie wrócić do pilnego śledzenia danych makro (przede wszystkim w USA). Jeśli będą sygnalizowały, że naprawdę nadciąga recesja (Alan Greenspan powiedział wczoraj, że szansa na to wynosi 33 procent) to trzeba będzie z rynku uciekać. Czasu na podjęcie decyzji jest jednak jeszcze sporo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński