W Sejmie jest bardzo fajnie:) Różnice w rozliczaniu delegacji

W tej kadencji posłowie wydali blisko 9 mln zł na delegacje do ciepłych i zimnych krajów. Wycieczka do Ekwadoru za ponad 100 tys. zł. Udział w Światowym Kongresie Kobiet w Malezji za 46 tys. zł czy przelot samolotem do Waszyngtonu i z powrotem za 17 tys. zł. W sektorze prywatnym taka niegospodarność skończyłaby się zwolnieniem dyscyplinarnym lub nawet sądem.

W Sejmie jest bardzo fajnie:) Różnice w rozliczaniu delegacji

Plik xls: Wyjazdy zagraniczne posłów

Czy 9 mln zł to dużo czy mało. W świetle innych zupełnie durnych wydatków publicznych np. ekranów dźwiękochłonnych wśród pól to parlamentarne wycieczki do ciepłych krajów wydają się być niewinnym nieporozumieniem. A jednak za 9 mln zł można kupić bardzo wiele (lub zaoszczędzić) np. wyposażyć kilka szkół w pełen komplet darmowych podręczników, kupić kilka karetek pogotowia lub parę dronów do obrony powietrznej. Co nam daje wizyta posła Napieralskiego na targach high-tech w Shenzen (Chiny), która kosztowała prawie 10 tys. zł?

[Co innego, gdy poseł rzeczywiście jest zapraszany, cieszy się opinią profesjonalisty i zna kilka języków, np. poseł Iwiński – nawet opozycja parlamentarna ma o nim bardzo dobre zdanie. Jego praca za granicą może nie dawać bezpośrednich mierzalnych efektów, ale bez niej niemożliwe byłoby osiągnięcie sukcesów pośrednich.]

Jak to wygląda w biznesie?

Pracuję w Warszawie, ale z różnych powodów często muszę jeździć na delegacje do Wrocławia. Nigdy nie leciałem samolotem, bo jest to nieopłacalne dla firmy. Zanim pojadę na delegację muszę ją zgłosić do swojego przełożonego, który zatwierdza mi wydatki na hotel i zakup biletów – najczęściej pociągiem w wagonie II klasy (mam zniżkę więc korzystam). Nie narzekam. Czasami, gdy np. we Wrocławiu nie ma hoteli w rozsądnej cenie (do 300 zł za dobę) to delegacji nie dostaję, bo wówczas koszty pobytu przez trzy lub cztery dni przewyższają ewentualne korzyści – wtedy alternatywą do spotkania jest telekonferencja.

Za wyjazd otrzymuję skromną dietę i należy mi się ona tylko, wtedy gdy zapraszający nie zapewni mi wyżywienia np. jak w hotelu mam wykupione posiłki to nie dostanę diety (z resztą to są niewielkie kwoty).

Druk muszę starannie wypełnić. Pomyłka w dacie i godzinie wyjazdu lub przyjazdu zawsze wymaga korekty. Dokument muszę przedłożyć przełożonemu do podpisu, a ten powinien go sprawdzić, a następnie zatwierdzić. Jeśli się pomyli to najpierw on będzie miał nieprzyjemności, a potem ja jeszcze większe.

W teorii po mieście mogę poruszać się taksówkami na koszt firmy – jednak każdy przejazd jest monitorowany i mój przełożony co jakiś czas dostaje zestawienie odbytych podróży. Przejazdy o dziwnych godzinach lub zbyt drogie wymagają złożenia wyjaśnień.

– A gdzie Ty sobie Łukaszku jechałeś w sobotę o drugiej w nocy  na firmową kartę?

– To nie ja…

Gdyby okazało się, że uprawiam samowolę to w najlepszym wypadku otrzymałbym ostrzeżenie. Ogólnie panuje zasada subsydiarności użytych środków do efektów – jest to normalny rachunek ekonomiczny i absolutnie nie można mieć o to pretensji. Jeśli firma ma mniejsze koszty to ja mam szansę na większą premię, etc. Bizancjum też się zdarza, ale musi mieć swoje uzasadnienie. Gdybym powiedział szefowi, że chcę lecieć do Biszkeku na konferencję w sprawie reportażu o współpracy Polski z Kirgistanem to prawdopodobnie by odmówił.

Kiedyś miałem ciekawą przygodę na lotnisku w Gdańsku. Miałem lecieć do Wrocławia, ale okazało się, że mam bilet w odwrotnym kierunku. Zadzwoniłem do koleżanki z administracji z prośbą o rozwiązanie sprawy. Okazało się, że przebookowanie biletu było nieopłacalne więc dostałem polecenie, że mam wracać pociągiem. Na tej relacji podróż miała trwać 11 godzin. Lot z Gdańska do Wrocławia trwa godzinę… zdenerwowałem się, ale nie miałem wyjścia. Ostatecznie okazało się, że jednak polecę, ale tylko dlatego, że miałem szczęście. „Posełanowie” nie muszą liczyć na korzystne zbiegi okoliczności – wystarczy, że mają dostęp do publicznych środków.

Sejm jest zakładem pracy gdy chodzi o premię. Gdy w grę wchodzi kontrola działalności to nagle posłowie widzą zagrożenie dla demokracji!

To co w biznesie jest całkowicie normalne, czyli kontrola kosztów i analiza potencjalnych korzyści w Sejmie ociera się o fantastykę. Misje dwóch posłów SLD, którzy w teorii zwiedzili pół świata za łączną kwotę 600 tys. zł powinna przynieść nam co najmniej kilka dobrych kontraktów lub chociaż kontaktów biznesowych. Od utrzymywania relacji z innymi państwami jest MSZ i sieć ambasad. Posłowie –turyści powinni jeździć agitować na koszt partii, do której należą a nie za pieniądze podatników.

Zastanawiam się ilu z nich naprawdę kupiło bilety za te kilkanaście tysięcy złotych. Jeśli w takiej cenie nabywali je bezpośrednio od przewoźników to albo są ludźmi całkowicie oderwanymi od rzeczywistości albo nie potrafią obsługiwać kalendarza i bookowali bilety w dniu wyjazdu na konferencję (na którą zaproszenie zwykle otrzymuje się dobrych kilka tygodni przed rozpoczęciem). Jeśli korzystali z pośredników to chciałbym wiedzieć kim on jest i dlaczego liczy sobie tak dużą prowizję?

Łukasz PIechowiak
Sprawdź moje komentarze na Blogbank.pl i Facebooku.

 

Sejm to nie przedsiębiorstwo więc w teorii posłowie są bezkarni. Pamiętam jak obecna premier Kopacz, a wówczas Marszałek Sejmu RP powiedziała, że traktuje Sejm jak zakład pracy, gdzie za dobrą pracę się wynagradza – słowa te padły przy okazji horrendalnie wysokich premii dla wicemarszałków. W zasadzie to za całą aferę odpowiedzialny jest właśnie marszałek, który nie skontrolował wydatków i zasadności tych podróży. W tej sytuacji „szef” owego sejmowego zakładu pracy powinien wyciągnąć konsekwencje wobec swoich „podwładnych”, a wcześniej jego przełożony wyciągnąć wobec niego. W Polsce niestety nie istnieje coś takiego jak odpowiedzialność polityczna więc…

Co teraz powinno się wydarzyć? Na prokuraturę nie ma co liczyć, bo immunitety. Komisja sejmowa to żart. Prezydent parlamentu nie rozwiąże, etc.

Łukasz Piechowiak

 

 

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak