WŁASNOŚĆ INTELEKTUALNA

Czy rzeczywiście „własność intelektualna” nie istnieje, jak twierdzą niektórzy w związku z moimi uwagami pod adresem „autorów” artykułu o rekompensowaniu obniżek podatków obciążających pracę przez wyższe podatki VAT???

Rację ma Karl Fogel pisząc w eseju „The Promise Of A Post-Copyright Word” (link do jego tłumaczenia na język polski zamieścił „kba” w swoim komentarzu do wpisu „Licencja na zabijanie”), że prawa autorskie to wymysł cenzorów. W XVI wiecznej Anglii autorzy nie byli zagrożeni przez pojawienie się prasy drukarskiej (pierwszej na świecie maszyny kopiującej). Wręcz przeciwnie. Była to dla nich wielka szansa na dotarcie ze swoimi dziełami do szerszej grupy odbiorców. Było to zagrożenie dla rządu. Bo do tych odbiorców mogły trafić dzieła, których rząd wolałby nie rozpowszechniać. Nowa technologia ułatwiała rozpowszechnianie dzieł „wywrotowych”. Podobnie jak w XX wieku telewizja satelitarna i Internet. Utworzono więc cech prywatnych cenzorów, „Londyńskie Zrzeszenie Sprzedawców Papieru” (The London Company of Stationers). W zamian za kontrolowanie tego, co było drukowane, Zrzeszenie otrzymało królewski przywilej sprzedaży wszystkich druków w Anglii i konfiskaty druków wydanych bez oficjalnego pozwolenia. Żadna książka nie mogła być wydrukowana, zanim nie została włączona do wykazu prowadzonego przez Zrzeszenie.

Pod koniec XVII wieku rząd (już brytyjski) rozluźnił więzy cenzury i pozwolił wygasnąć monopolowi sprzedawców, co oczywiście stało się bezpośrednim zagrożeniem ekonomicznym dla członków Zrzeszenia. Dlatego uknuli oni teorię zgodnie którą autorów nie stać na rozpowszechnianie swoich dzieł. Dla ochrony ich praw ekonomicznych należy wprowadzić ograniczenia rozpowszechniania ich dzieł bez ich zgody. Członkowie Zrzeszenia zaprezentowali nowatorski wówczas pogląd, że autorzy posiadają naturalne i przyrodzone prawo własności tego, co piszą, a takie prawo może być przekazywane innym stronom w drodze umowy, tak samo jak inne formy własności. Udało im się uniknąć odium cenzorów, jako że nowe prawa autorskie przypisane zostały twórcom. Nie mieli oni jednak żadnego wyboru i sprzedawali swoje, dopiero co nabyte, prawa własności wydawcom. Za pierwsze prawo autorskie można uznać Statut Królowej Anny z 1710 roku.

Dziś argumenty wydawców, będących biznesowymi i intelektualnymi spadkobiercami cenzorów z The London Company of Stationers, nie mają już żadnej racji bytu. Rozpowszechnianie swoich utworów w Sieci nie wymaga żadnych nakładów! Mamy więc dowód, że argumenty, których używano były tylko zasłoną dymną dla rzeczywistych interesów wydawców.

Fogel pisze, że jak mam rower i ktoś mi go zabierze, to jest to kradzież – miałem rower i nie mam, a ma go ktoś inny. Gdy jednak napisałem książkę, czy nagrałem piosenkę i ktoś ją skopiował, to ja ją nadal mam i on ją ma. Utrudnia to, co prawda, niektóre formy zarobkowania przez autorów, ale powiedzmy, że intelektualnie trudno te argumenty całkowicie zignorować. Dlatego ze spokojem przyglądałem się dyskusjom o cenie mojej ksiązki i jej kopiowaniu. Ale przeciwnicy „własności intelektualnej”, którzy się odezwali po moim wpisie o „obniżaczach podatków” nie wzięli pod uwagę, że czym innym jest kopiowanie i rozpowszechnianie jakiegoś „utworu”, czy pomysłu, a czym innym prezentowanie go jako własnego. Bo jednak własność intelektualna istnieje. Gorąca dyskusja na jej temat wynika chyba z „fokusowania” się dyskutantów na rynku fonograficznym i księgarskim. A ten wąski bardzo fragment naszego życia nie wyczerpuje problemu. Dlatego właśnie przywołałem Fogela (choć o Statucie Królowej Anny uczyłem studentów zanim Fogel napisał swój esej) i dlatego przypomniałem o komentarzu „kpa” – bo bez nich dziś pewnie nie przyszłoby mi do głowy o tym wszystkim pisać. A piszę to popijając coca-colę i nie uważam bynajmniej, że inni producenci cieczy w podobnym kolorze powinni mieć prawo sprzedawania jej w butelkach o takim samym kształcie.

A na marginesie innych komentarzy, że ważna jest łączna wysokość obciążeń podatkowych, a nie to jak się taki, czy inny podatek nazywa, przypomnę twierdzenie Saya, że „nie ma dobrych podatków. Są tylko bardziej i mniej złe”. A właśnie podatki obciążające pracę są najgorsze z możliwych. Oczywiście lepiej byłoby zmniejszyć łączną wysokość obciążeń podatkowych, ale wówczas trzeba byłoby zmniejszyć wydatki państwa. Ale to już polityka, a ja się na polityce nie znam. Znam się tylko trochę na podatkach i ich skutkach dla gospodarki. Napisałem o tym w książce, którą każdy może sobie skopiować, niech tylko nie zapomina, kto jest jej autorem i nie publikuje jak swojej własnej.

Robert Gwiazdowski
Robert Gwiazdowski