Z niedźwiedziej gawry

Jak mawiają Francuzi „qui s’excuse s’accuse”, ale ja jednak spróbuję napisać coś, co może być potraktowane jako właśnie usprawiedliwienie, ale niekoniecznie zamieni się w samooskarżenie. Trudno nie zauważyć, że część społeczności internetowej (i nie tylko ona) ma do mnie pretensję za „czarnowidztwo”. Fakt, jeśli prześledzi się to, co pisałem w tym blogu to trudno mi zarzucić nadmierny optymizm (to oczywiście eufemizm . A nie ma nic gorszego niż bycie uznanym za rynkowego „niedźwiedzia”, bo takich ludzie z zasady wręcz nienawidzą. Niedawno, znany z komentarzy na tym blogu, Vladimir napisał mi w mailu, że John Maynard Keynes twierdził, iż „społeczeństwo bardziej jest skłonne wybaczyć porażkę poniesioną zgodnie z powszechnie przyjętymi regułami, niż sukces odniesiony wbrew nim”. Miał rację tyle, że ja bym nieco to powiedzenie strawestował. W mojej wersji brzmiałoby ono tak: społeczeństwo bardziej jest skłonne wybaczyć analitykowi zgodną z powszechnie przyjętymi optymistycznymi poglądami błędną prognozę niż jej wypełnienie się, wbrew opinii większości.

Faktem jest bowiem, że jeśli przyklei się do kogoś etykietka pesymisty to, jest już przegrany. Ja się akurat nie żalę, bo lepiej być znanym „niedźwiedziem” niż jednym z tłumu wielu optymistycznych analityków, ale czasem zastanawiam się nad brakiem obiektywizmu moich oponentów. Poza tym każdy lubi być kochany ;-) . Oczywiście, że popełniam wiele błędów, jak każdy zresztą analityk. Wiem o tym i jestem w stosunku do rynku zawsze pełen pokory. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli na przykład inwestor ma zdecydowanie więcej niż 50 procent trafnych decyzji i przestrzega założeń systemu inwestycyjnego to odnosi sukcesy. Nieskromnie twierdzę, że moje opinie sprawdzają się zdecydowanie częściej niż takiego właśnie „tradera”.

Wystarczyło jednak, że za wcześnie przewidywałem koniec hossy XX wieku, czy zbyt duży zakres (nie tak znowu bardzo odległy od realiów) spadków w 2002 roku, żeby moja pozycja została ugruntowana. I nic nie pomaga cierpliwe tłumaczenie, że analityka trzeba czytać dzień po dniu, bo naprawdę analityk/inwestor musi być bardzo elastyczny. Nawiasem mówiąc, w książce „Ślepy traf” Nicholasa Taleba Nassima (polecam) autor przytacza anegdotę (czyli zdarzenie prawdziwe, choć śmieszne) dotyczącą George’a Sorosa. Podobno pewnego dnia spierał się on z autorem przez długi czas na temat jakiegoś rynku i twierdził, że będzie on spadał. Okazało się, że wręcz przeciwnie zaczął szybko rosnąć. Kiedy Nassim spotkał się kilka dni później z Sorosem to bał się go spytać jakie straty wtedy poniósł, bo musiały to być straty idące w dziesiątki milionów. Soros jednak sam zaczął z entuzjazmem opowiadać jak to zaatakowali wtedy rynek i jak dużo zarobili. Trochę ogłupiały autor zapytał: jak to, przecież mówiłeś, że rynek będzie spadał! Na co Soros: ale zmieniłem zdanie ;-) . Podobno George Soros jest bardzo znany ze swojej elastyczności i zapewne dlatego też odnosi sukcesy.

Jeśli zaś chodzi o moją „niedźwiedziość” to chyba mało kto pamięta, że wbrew poglądom większości analityków mówiłem w szczycie bessy w 2002 roku o hossie związanej z wejściem Polski do UE, że po „zwale” w maju zeszłego roku byłem optymistą i najlepiej typowałem w drugiej połowie 2006 roku Wigometr (indeks rosły), że już w połowie zeszłego roku mówiłem, iż cen mieszkań w tym roku wyhamują albo nawet zaczną spadać itd. itp. Nie żalę się i nie chwalę, ale pokazuję pewien obowiązujący trend, kanał wyżłobiony w pamięci wielu inwestorów.

Teraz też od wielu miesięcy piszę, że akcje są przewartościowane, co nie znaczy, że nie mogą rosnąć. A że są przewartościowane to przecież truizm. Spadek kursu akcji BRE czy BZ WBK nawet o 50 procent nadal nie powodowałby, że byłyby niezwykle tanie – wtedy wskaźnik C/Z spadłby do 15, a C/Wk do nieco więcej niż 2,5. Byłyby to ceny uzasadnione fundamentalnie. Na osobne potraktowanie zasługuje sektor budowlany. W ostatnim kwartale przychody spółek wzrosły o 45 procent, ale zysk operacyjny spadł 50 procent, a wyceny są wręcz szaleńcze. O wycenach nie ma nawet co mówić. Są po prostu obłędne – nikogo nie szokuje C/Z w większe od 50 (3 razy za dużo).

W USA też tanio nie jest, mimo że twierdzi się inaczej porównując obecne wyceny do tych z końca hossy XX wieku, kiedy to C/Z dla firm z indeksu S&P 500 sięgał 33. Teraz jest około 18, czyli nadal 20 do 50 procent za wysoko, ale to nie wszystko. Wskaźnik C/Z liczy się teraz bardzo sprytnie. Już prawie nigdzie nie znajdzie się tak liczonego jak się powinno liczyć, czyli tzw. „trailing P/E” (za ostatnie 12 miesięcy). Bardzo często podaje się (wcale o tym nie wspominając) tzw. „estimated P/E”, czyli wskaźnik cena na zysk prognozowany w ciągu następnych 12 miesięcy. Spotyka się też „rolling P/E” czyli wskaźnik, który liczony jest na podstawie wyników za ostatnie dwa kwartały i prognoz za następne dwa (tak podaje giełda NASDAQ). A przecież wiadomo jak to jest z prognozami… Giełdy jednak zawsze w hossie prowadzą indeksy do poziomów całkowicie irracjonalnych i tylko od okoliczności zależy, kiedy ta irracjonalność zostanie dostrzeżona.

Jeśli zaś chodzi o ocenę tego, co dzieje się w sferze gospodarczej to nie ukrywam, że zdecydowanie bardziej intrygujące wydaje mi się wyszukiwanie problemów niż dołączanie do tłumu optymistów. Zawsze byłem indywidualistą i często szedłem pod prąd. Odwołam się i w tej sprawie do książki. Jakieś 40 lat temu czytałem „Układ” Elii Kazana (film to zupełnie nie ta klasa…) i wywarł on na mnie niezwykłe wprost wrażenie (mimo że to książka raczej dla mężczyzn dojrzałych, a nie dla maturzystów ;-) . Każdy mężczyzna powinien ją przeczytać – jest nadal aktualna. Nie będę tutaj jednak pisał o przemowie głównego bohatera do pewnego szczegółu męskiej anatomii (fascynujące, a jakże prawdziwe!), a o bohaterce. Otóż firma zatrudniła Gwen Hunt po to, żeby szukała dziur, nieprawidłowości i wszystko, co się da krytykowała. Taki nietypowy audyt firmy. Ja czasem spełniam, a przynajmniej wydaje mi się, że spełniam podobną rolę, kiedy szukam dziury (czasem) w całym. Ale staram się to robić logicznie i nigdy wbrew swoim poglądom. Mam nadzieję, że z czasem Czytelnicy mnie za to docenią. A jeśli nie? No, cóż… takie jest życie „niedźwiedzia” :-( .

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

(komentarz pojawi się po zatwierdzeniu)

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński