Zaróbmy jeszcze więcej – recenzja

Zdarzyło mi się obejrzeć w sumie dość ciekawy dokument Erwina Wagenhofera „Zaróbmy jeszcze więcej”, w którym autor krytycznie przygląda się współczesnemu kapitalizmowi. Mimo iż dzieło robione jest z pozycji wyraźnie lewicowych, nie znaczy to, że ktoś o nastawieniu bardziej liberalnym, nie znajdzie w nim nic interesującego. Ponieważ recenzje tego dokumentu, które znalazłem w Internecie stoją na raczej niskim poziomie, uznałem, że warto napisać parę słów na jego temat.

Film porusza bardzo wiele różnych wątków osnutych wokół krytyki neoliberalizmu i sektora finansowego. Zaczyna się w Indiach, gdzie Marc Mobius – goszczący niedawno w Warszawie guru inwestycyjny od rynków wschodzących – przekonuje do poglądu o pozytywnej społecznej roli inwestowania środków z Zachodu na Południu. W sumie trudno się z nim nie zgodzić – import kapitału to jedyny sposób na szybkie wydobycie z nędzy milionów niewykwalifikowanych robotników. Żadna redystrybucja nie pomoże im nawet na krótką metę, gdyż we wspomnianych krajach nie ma jeszcze za bardzo czego dzielić – ludzie mieszkający w nich mogą być albo biedni, albo biedni i ciężko pracujący z szansami na lepsze jutro, głównie dla ich dzieci.

W samych Indiach sytuacja i tak jest lepsza – pensja spawacza na poziomie 250 euro może jest i niska, jak na standardy europejskie, ale na tle płacy otrzymywanej przez robotników zbierających bawełnę w Burkina Faso (jeden z kolejnych odwiedzanych w filmie krajów – zarabia się tam 50 euro ale rocznie), nie wygląda to tak tragicznie. Różnica wynika właśnie z kapitału, który napłynął w ostatnich dekadach masowo do Indii, a do Afryki Środkowej nie. Odpowiedź, dlaczego tak się stało, także w filmie pada ze strony austriackiego przedsiębiorcy Mirko Kovatsa, który buduje fabryki w Indiach. Jedną z pierwszych kwestii, które wypowiada jest pochwała stabilności indyjskiego systemu prawnego oraz jego podobieństwo z prawem obowiązującym na Zachodzie. Choć w filmie słusznie zauważa się, że ważnym powodem ubóstwa mieszkańców Afryki są subsydia do produkcji rolnej stosowanej przez kraje rozwinięte (niestety wspomina się głównie o USA, choć prym w tej niechlubnej działalności wiedzie UE), to głównym powodem jest nieprzestrzeganie praw własności – słabe państwa i systemy prawne.

Przy okazji zastanawia narzekanie (w filmie dokonujące się ustami indyjskiej ekonomistki) na przejmowanie przez społeczeństwa krajów rozwijających się kultury zachodniej. Niestety nie bardzo da się pogodzić zachowanie tradycyjnych społeczności i kultur z rozwojem gospodarczym na skalę powiedzmy krajów OECD. Jeżeli ktoś uważa, że nie mamy prawa zmieniać zastałych struktur społecznych w imię naszej kultury, to wydaje również przyzwolenie na panującą tam (Azja, Afryka, itd.) nędzę. Bez systemu prawnego sprzyjającego przynajmniej w pewnym zakresie ludzkiej wolności i przedsiębiorczości nie udało się jeszcze nikomu zbudować dobrobytu.

Zarówno Mobius, jak i Kovats wypowiadają kilka kontrowersyjnych kwestii. Pierwszy stwierdza, że najlepiej się inwestuje wtedy, gdy jest krew na ulicach, dodając, że może być to i nasza krew. Mówi ponadto, że inwestorzy nie mają powodu czuć się w jakimkolwiek stopniu odpowiedzialni za nieetyczne działania firm, którym powierzają pieniądze. O ile pierwsza myśl szokuje jedynie formą (tak naprawdę czy znaczy to coś innego niż to, że należy kupować wtedy, gdy wszyscy w panice sprzedają?), to drugiej warto się bliżej przyjrzeć. Sformułowanie o braku odpowiedzialności pojawia się w kontekście zanieczyszczania środowiska przez działające w Indiach korporacje, co akurat nie najlepiej koresponduje z pokazywanymi w tle obrazkami z zaśmieconych zbiorników wodnych, w których kąpią się dzieci – to nie wielki biznes nawrzucał tam kartonów i butelek. Czy jednak za dewastację środowiska bądź korumpowanie lokalnych władz dokonywane rękami firm zasilanych kapitałem z Zachodu, moralną odpowiedzialność ponosi inwestor?

Moim zdaniem nie. Czy to wina szeregowego udziałowca TFI, że firmy, w które inwestuje jego fundusz zachowują się nieetycznie? Do niego należy tylko decyzja, czy zainwestować w Indiach, czy nie. Decyzja na tak mimo wszystko bardziej służy mieszkańcom tego kraju – nie wszystkie przecież firmy z kapitałem zagranicznym prowadzą tam szkodliwą działalność. O tym, które nie są w porządku może wiedzieć co najwyżej zarządzający funduszu – zgodzę się, że spoczywa na nim część odpowiedzialności za praktyki spółek, które wybrał na lokatę kapitału swoich klientów. Największą winę za taki stan rzeczy ponoszą jednak władze, które nie dbają, by system bodźców ukształtowany był prawidłowo i firmy musiały płacić za efekty zewnętrzne, które generują.

W filmie Wagenhofera poruszonych jest znacznie więcej tematów. Część jest niepokojąca i warta zastanowienia (jeśli czytelnicy byliby zainteresowani mogę odnieść się do nich w komentarzach) – należą do nich z pewnością raje podatkowe czy bańka na hiszpańskim rynku nieruchomości. Mniej przekonująca jest krytyka funduszy private equity czy leasingu transgranicznego (nie wiadomo, o co chodzi z tramwajami w Wiedniu – gdzie tam jest ta prywatyzacja?).

Maciej Bitner
Maciej Bitner