Złoty krzyż śmierci

Analiza techniczna to setki różnego rodzaju narzędzi. Bardzo popularnych, mniej popularnych i zupełnie egzotycznych, które od czasu do czasu zostają spopularyzowane i zaczynają żyć własnym życiem.Istnieje naturalnie pewien kanon narzędzi analizy technicznej, znany przez większość tych, którzy technikami się mienią. Nie ma co się jednak łudzić, że jesteśmy w stanie poznać wszelkie koncepcje, a co za tym idzie nazewnictwo różnego rodzaju zdarzeń na wykresach, czy specyficznego wyglądu wskaźników technicznych. Zwłaszcza, że kreatywność autorów może być nieograniczona. Można sobie wymyśleć formację „Batmana”, o której niegdyś wspominałem, można i wymyśleć, że różnego rodzaju formacje podwójnego dna to formacja „Adama i Ewy”, „Adama i Adama” itp., jak to zrobił Thomas Bulkowski (wariant nazwy zależy od krągłości danego dna). Żeby jedna dana nazwa zyskała na popularności powinna być chwytliwa, odpowiednio rozpropagowana i oczywiście trafić na podatny grunt. Co w przypadku Internetu oznacza, że zostanie szeroko zauważona i wspominana.

W ubiegłym roku nagle zacząłem natrafiać na nową formację. Nową dla mnie, bo wcześniej nie spotkałem się z tym określeniem lub nie zwróciłem na nie uwagi. Oczywiście nie oznacza to, że ono nie istniało. Pewnie gdzieś istniało, ale jak dotychczas z tym określeniem się nie spotkałem. Zacząłem szukać w klasycznych podręcznikach do analizy technicznej (Schabacker, Edwards i Magee, Murphy, Pring, Schwager). Nie znalazłem nawet słowa na ten temat. Nie tylko o samej nazwie, ale nawet o jakimś większym znaczeniu danego zdarzenia. W encyklopedii wskaźników technicznych Colby’ego i Myersa, również nie. Nie pamiętam z żadnej z licznych pozycji o analizie technicznej. Próbowałem szukać w sieci, jakichś źrodeł, ale określenie pojawia się w 2009 roku. Najstarsze miejsce wspominające o „zjawisku” to blog z wpisem z 2006 roku.

Jak się pewnie Czytelnicy domyślili po tytule tekstu, mam na myśl „złoty krzyż” oraz „krzyż śmierci”. Według rozpowszechnionej w ostatnich miesiącach koncepcji, jest to przecięcie dwóch średnich z 50 oraz z 200 sesji. Nazwa zależy od tego, czy szybsza średnia zostaje przecięta od dołu, czyli wskazuje na hossę, czy też od góry czyli wskazuje na bessę.

Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z tą nazwą myślałem, że chodzi o jakąś formację na wykresach świec japońskich, bo to Japończycy uwielbiają nadawać tego rodzaju poetyckie określenia. Gdy zobaczyłem, że to zwykłe klasyczne średnie pomyślałem sobie, że ktoś wymyślił coś chwytliwego i zaskoczyło. A jednak przygotowując się do tego tekstu zerknąłem do książki Steve Nisona „Świece i inne japońskie techniki analizowania wykresów” i bingo! Jest. Moja pamięć okazała się zawodna. Należy jednak pamiętać, że w książce Nisona, oba krzyże występują jako generalne określenie sytuacji, gdy średnia krótsza przecinana jest przez dłuższą.

Żeby było jasne, nie chodzi mi o nazwę i to, że nagle stała się popularna. Gdybym nagle zaczął popularyzować formację „pocałunku” na wykresie MACD, też być może nie byłoby tak łatwo znaleźć, że tak określał specyficzną sytuację na wykresie wskaźnika Walter Bressert, którego książka (raczej skrypt) ponad dziesięć lat temu zrobiła na mnie wrażenie. Nie jestem pewien czy przede wszystkim nie ceną, która do dziś pozostaje dość wysoka . Więc nie o to chodzi. Raczej o zaskakującą nagle popularność długoterminowych średnich i przeświadczenie o ich wyjątkowym znaczeniu.

Wygląda na to, że w ramach poszukiwań „odpowiednio dopasowanych” sygnałów, ktoś znalazł te dwie średnie i zauważył, że fantastycznie zapowiedziały ostatnią bessę (sygnał w grudniu 2008 na indeksie SP500) oraz późniejszą falę hossy (czerwiec 2009). A jak zerknąć wcześniej to równie fantastycznie pokazywało, jak łatwo było złapać dłuższe trendy wzrostowe od 2003 roku. Czyż dla technika nie jest to ów „złoty Graal” – narzędzie rozpoznające długoterminowe trendy, pozwalające nie szarpać się i przejmować kilkunastotygodniowymi korektami? Pewnie stąd owa popularność w ostatnich kilkunastu miesiącach. W praktyce…. No cóż, każdy kto zajmuje się analizą techniczną wie, że wszystkie narzędzia mają swoje zalety i wady, ograniczenia i możliwości i warto je poznać, by nie wpaść w pułapki.

Wróćmy jednak do naszych krzyży. Ich popularność na giełdzie warszawskiej jest jeszcze bardziej zaskakująca. Bo o ile spotykałem się dość często z wykorzystywaniem na rynku amerykańskim średnich ze 100 lub 200 sesji, to w Polsce, gdzie za długi termin uznaje się trzy miesiące raczej popularność tak powolnych średnich była ograniczona. Moja teoria mówi, że po tekstach dotyczących rynku amerykańskiego, ktoś postanowił sprawdzić, jak wygląda to na rynku rodzimym i również „zaskoczyło”. Sporo tekstów na ten temat poświęcił Pb.pl. Wspominał o nich Wojtek Białek.

Po raz ostatni temat „krzyży” na wykresie średnich spotkałem na blogu appfunds, w którym autor próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, czemu technika przestała działać. W samym tekście znajdziecie Państwo kilka linków do dyskusji wśród zagranicznych ekspertów, czemu średnie działają lub nie. Jak zawsze z niesłychanie logicznymi uzasadnieniami. Zgodnie z zasadą, że wyjaśnić da się wszystko. Choć niekoniecznie musi istnieć związek przyczynowo-skutkowy.

Jako bonus zwrócę też uwagę na wpis jednego z blogerów, który postanowił zrobić własne statystyki. Niestety wygląda na to, że został pokonany właśnie przez fakt, że tak długoterminowe średnie dla wielu aktywnych techników, są wbrew ich własnej naturze.

Oto co pisze autor: „Na początek przetestowałem co się dzieje na indeksach przez 20 dni po wykonaniu “krzyża śmierci””. Sprawdzenie jak wygląda zachowanie rynków po 20 dniach przez sygnał wygenerowany na podstawie średnich z 50 i 200 sesji? To prawdziwy hardcore. Hardcore w ramach szumu.

Spróbujmy więc okiełznać, w jakiś sposób owe dwie średnie i ich potencjalną skuteczność lub nieskuteczność.

Należy po pierwsze zdać sobie sprawę, że zbyt wielkiej liczby sygnałów na naszym rynku nie będzie. Dwustusesyjna średnia zaczęła powstawać na wykresie indeksu WIG dopiero w czerwcu 1993 roku, czyli po dwóch latach od startu giełdy. Pierwszy sygnał pojawił się dopiero we wrześniu 1994 roku i od tamtej pory było ich w sumie osiemnaście. Nie jest to zbyt wiele, ale nie narzekajmy.

Sprawdźmy ile czasu trwał każdy okres po wygenerowaniu złotego krzyża (hossa) do krzyża śmierci. I od wygenerowania krzyża śmierci (bessa) do kolejnego złotego krzyża. Zobaczmy też jak wyglądała zmiana indeksu WIG w tych okresach.

Złoty krzyż

Jak widać na dziewięć przypadków tylko w czterech okres od złotego krzyża do krzyża śmierci wiązał się ze wzrostem indeksu. Ostatni wciąż trwa, więc tu sytuacja jest jeszcze nieprzesądzona. Czy to wystarczy by uznać, jakąś wyjątkową skuteczność tego sygnału? Zwłaszcza, gdy widzimy jak wyglądały zmiany indeksu.

krzyż śmierci

Nie lepiej wygląda to w przypadku bessy. Również cztery sygnały na dziewięć pokazujące, że w czasie gdy średnie pokazywały bessę nastąpił spadek.

Pozwolę sobie zacytować fragment jednego z materiałów „Tymczasem skuteczność analizy średnich kroczących jest w historii GPW zadziwiająco wysoka w dłuższym horyzoncie. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę silne sygnały kupna (”złoty krzyż”, czyli przebicie od dołu dłuższej średniej przez krótszą) i sprzedaży (”krzyż śmierci”, czyli przecięcie od dołu krótszej średniej przez dłuższą).

Nie jest moim celem przekonanie Czytelników, że opisywana metoda jest zupełnie bezużyteczna. Chodzi mi raczej o brak szerokiego spojrzenia na faktyczne zdarzenia towarzyszące sygnałom w postaci przecięcia długoterminowych średnich, nie zaś spojrzenie na kilka ostatnich, które akurat zadziałały i na tej podstawie uznanie, że oto mamy niesłychanie skuteczną metodę.

Wiadomo, że długoterminowe średnie będą generowały sygnały wyjątkowo późno. Jeśli trend nie będzie się zmieniał bardzo dynamicznie to może nawet nie będzie to sygnał zbyt oddalony od maksimów lub minimów. Jednak w przypadku silnych załamań trendu sygnał może być bardzo oddalony od ekstremów. W skrajnych przypadkach okres między sygnałami (czyli np. „hossa”) może wyglądać tak jak w okresie styczeń – sierpień 2000. Wzrost będzie zbyt mały, a spadek go „skasuje” i dopiero pojawi się „krzyż śmierci”.

hossa 2000

Czy tego rodzaju sytuację można uznać, za hossę?

Spróbujmy zerknąć na „charakter” ruchów rynku w obrębie sygnałów. W tabeli poniżej widzimy ile czasu (w %) rynek po wygenerowaniu złotego krzyża znajdował się powyżej wartości z dnia sygnału. Te obliczenia pokazują nieco bardziej pozytywny obraz „hossy”. W siedmiu przypadkach rynek był powyżej przez ponad 70 procent czasu. W jednym wypadku po sygnale żaden dzień nie był powyżej. Zwrócę też uwagę na omawiany już wcześniej okres w 2000 roku. Przez 86% czasu rynek był powyżej wartości z dnia sygnału. A jednak jeśli możemy mówić o trendzie w długim terminie, to co najwyżej o trendzie bocznym, niż o wzrostowym

rys4

Kolejna informacja to ruch wykonany do maksimum. Tu wygrywają „ewidentne” hossy – zaznaczone na zielono sytuacje omawiane wyżej, czyli okres gdy rynek od sygnału do sygnału zanotował wzrost. Najmniejsza zwyżka wyniosła 32,5%, największa 370%. W pozostałych przypadkach wzrosty sięgały maksymalnie 20 procent.

W przypadku „bessy” wyznaczanej krzyżem śmierci sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Tylko w czterech przypadkach, w których zmiana w czasie całej „bessy” była ujemna, wartości były poniżej wartości z dnia sygnału przez ponad 70 procent czasu. W pozostałych pięciu nie przekraczały 40 procent. Można więc powiedzieć, że wówczas bessy nie było. A w tabeli poniżej dokładne wyniki

rys5

Każdy z Czytelników może sam określić parametry, które według niego najlepiej będą opisywały, czy jakiś okres na rynku jest hossą czy bessą. I na tej podstawie sprawdzić skuteczność metody. W przypadku omówionych krzyży na polskim rynku na razie można mówić o przypadkowych wynikach.

***

PS. W obliczu pewnej paranoi, z którą mamy do czynienia, chciałbym prosić Czytelników, by nie szukali związków tego tekstu z aktualną sytuacją polityczną, socjologiczną, czy jakąkolwiek inną niż związaną z narzędziami AT.

Grzegorz Zalewski
Grzegorz Zalewski