„The Big Short” czyli jak zarobić na kryzysie

Czy na kryzysie da się zarobić? Oczywiście i to sporo, jeśli wie się jak i w porę dostrzeże się okazję. O takich farciarzach mówi „The Big Short”, który trzeba obejrzeć koniecznie raz, a najlepiej kilka razy.

Left to right: Jeremy Strong plays Vinnie Daniel, Rafe Spall plays Danny Moses, Hamish Linklater plays Porter Collins, Steve Carell plays Mark Baum, Jeffry Griffin plays Chris and Ryan Gosling plays Jared Vennett in The Big Short from Paramount Pictures and Regency Enterprises

Film cofa nas do pierwszej dekady naszego wieku, kiedy to zaledwie garstka finansistów dostrzegła oznaki zbliżającej się katastrofy gospodarczej. Amerykańskie banki entuzjastycznie przyznawały kredyty hipoteczne obywatelom, nie sprawdzając czy będą w stanie spłacić pożyczkę, a ceny domów zaczęły spadać… Jednak wiara w stabilność rynku nieruchomości zapewniała ekonomistom spokojny sen. Choć nie wszystkim. Znaleźli się analityczni geniusze, którzy dostrzegli oznaki zbliżającego się załamania. Czy podnieśli larum, poszli z tą informacją do mediów, zaczęli przestrzegać ciężko pracujących Amerykanów, by chronili swoje oszczędności, emerytury i domy? Nie. Znaleźli sposób, jak na zbliżającym się gospodarczym tsunami zarobić i to zarobić dużo.

Wielką zaletą tego filmu jest to, że daje widzowi poczucie wtajemniczenia w skomplikowany świat finansjery, co mile łechce nasze ego. Poczucie to złudne, bo już po kilku minutach zdajemy sobie sprawę, jak skomplikowany to świat i jak wielkie są nasze braki w wiedzy. Twórcy przewidzieli na szczęście nasze ograniczenia poznawcze i znaleźli na to cudowne remedium. Po pierwsze, poprawiają samopoczucie widza obnażając nie tylko chciwość, ale i ignorancję finansistów oraz ich zaślepienie płynące z (mylnego) poczucia nieomylności. Po drugie, za pośrednictwem Margot Robbie w kąpieli lub Seleny Gomez w kasynie, wyjaśniają co trudniejsze terminy. Zabieg o tyle skuteczny, co przewrotny, bo skoro nasz dobrostan zależy od tłumu aroganckich ignorantów, to przyszłość nie rysuje się różowo.

Na pewno też złapiecie się na wrednawy filmowy haczyk – będziecie kibicować bohaterom, by udało im się zarobić, zapominając, że w tym filmie nie ma pozytywnych postaci. „Nasi” próbują zarobić na tym, że miliony osób straciły pracę, domy, oszczędności i szansę na emeryturę. Etyka i sumienie to towar deficytowy.

Tak, to jest film przegadany, ale jakie to są dialogi! Błyskotliwe, z wisielczym humorem i emocjami wywindowanymi na bardzo wysokie C, bo też gra toczy się o najwyższe stawki. W tym świecie nie ma miękkiej gry, dyplomatycznego języka czy sentymentów. To nie są nudne pogadanki ospałych gryzipiórków. To brutalna walka wilków w drogich garniturach.

I ta obsada. Najjaśniej błyszczy Steve Carell, który po „Foxcatcherze”, gdzie objawił się nagle jako świetny aktor, którego talent marnowano na role wujkowatych oferm – nie obniża sobie poprzeczki. Jako zgorzkniały, choleryczny, skrzywiony rodzinnym dramatem rekin finansjery z jeszcze aktywnym sumieniem – wypada genialnie. Ryan Gosling i Christian Bale zmienieni fizycznie, nieatrakcyjni, zachwycają. Brad Pitt w roli rozczarowanego światem odludka jest przekonujący.

„The Big Short” miał budżet 28 milionów dolarów, zarobił ponad dwa razy tyle. Może to nie jest imponujący wynik, jeśli porównać to z rekordem „Gwiezdnych wojen. Przebudzenia Mocy”, ale jak na świetne kino z edukacyjnym wydźwiękiem, nie jest źle. Wychodząc z kina słyszałam dyskusje o różnicach między gospodarką Polski i USA, a nie o tym jak bardzo postarzał się Brad Pitt. Może „The Big Short” przyczyni się do tego, że jakaś grupa widzów na całym świecie nie zdecyduje się nigdy na życie ponad stan.

„The Big Short”, reż. Adam McKay, scenariusz Adam McKay i Charles Randolph, USA 2015

Izabela Matjasik
Izabela Matjasik