Absurdy „państwa przedsiębiorczego”

Wewnątrzpaństwowy opór przed wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych w zasadzie nie powinien dziwić. Bunt urzędników to objaw patologii, jaką jest łączenie przez rząd funkcji inwestora, pracodawcy i prawodawcy.

Ministerstwo Finansów pokazało projekt ustawy o PPK w połowie lutego. Przez kilka tygodni o sprawie było zaskakująco cicho. No a potem się zaczęło. Jako pierwszy armaty wytoczył Rzecznik Finansowy twierdząc, że lepiej zarabiający skorzystają na PPK więcej od słabo opłacanych pracowników (jakby w ZUS było inaczej). Chwilę później do ostrzału dołączyła się Komisja Nadzoru Finansowego, wytykając PPK pozorną tylko „dobrowolność”. I że cały program nieco za bardzo przypomina niesławne OFE.

Ale prawdziwy nalot dywanowy na propozycję rządu kilka dni później przypuścił Narodowy Bank Polski. Eksperci NBP praktycznie „zaorali” sztandarowy pomysł premiera Morawieckiego zarzucając mu błędne założenia, zbyt słabe zabezpieczenie interesów uczestników i zbyt duże profity dla branży finansowej. Mówiąc wprost: NBP ostrzegał przed powtórką blamażu z OFE, które w pierwszych latach swej działalności zdzierały skandalicznie wysokie prowizje za bardzo prymitywne „zarządzanie” oszczędnościami emerytalnymi milionów Polaków.

Zarzuty NBP będą trudne do zbicia i stawiają MF oraz premiera Morawieckiego w trudnej sytuacji. Nawiasem mówiąc to nie pierwszy raz, gdy prezes NBP Adam Glapiński (członek dawnego „zakonu PC” i wieloletni stronnik Jarosława Kaczyńskiego) rzuca kłody pod nogi Mateuszowi Morawieckiemu – nowemu ulubieńcowi prezesa Kaczyńskiego i być może jego następcy na nowogrodzkim tronie.

Ośmielone wsparciem powietrznym z NBP w bój ruszyły ciężkozbrojne brygady ministra energii Krzysztof Tchórzewskiego. Minister – i zarazem wpływowy polityk PiS (a także wieloletni działacz PC – partii poprzedniczki Prawa i Sprawiedliwości)  – także nie owijał w bawełnę i napisał, że same tylko państwowe spółki górnicze będą musiały wyłożyć 110 mln zł na partycypację w PPK. A tymczasem minister Tchórzewski potrzebuje miliardów na budowę wymarzonej elektrowni atomowej. W sukurs górnikom przyszli nafciarze z Orlenu (zresztą też pod buławą hetmana Tchórzewskiego), którzy zaproponowali obniżenie składki pracodawcy do PPK. Tu też gra idzie o grube miliony ponoszonych przez spółkę kosztów pracowniczych.

Rzecz jasna odmienne zdanie o PPK mają (także państwowe) firmy finansowe. PZU już zaciera ręce myśląc o przychodach z prowizji (nawet jeśli stosunkowo niskich – max 0,6% rocznie – ale za to od wielkich kwot) za zarządzanie dodatkowymi oszczędnościami emerytalnymi Polaków. Głos w sprawie PPK zabrała także Giełda Papierów Wartościowych, otwarcie „lobbując” za przeniesieniem aktywów z OFE na indywidualne konta w PPK.

I co z tego wynika?

Wieloletni obserwator polskiej polityki tylko wzruszy ramionami i zdiagnozuje kolejną walkę partyjnych frakcji i koterii chcących urwać jak największy kawał sukna z Rzeczypospolitej. Ot, nic nowego w historii ostatnich trzech dekad. Ale gdyby całą sprawę opisać komuś żyjącemu w nieco bardziej cywilizowanym kraju , to zapewne niewiele by z tego wszystkiego zrozumiał.

„Ale jak to – czy rząd jest największym pracodawcą w waszym kraju? Naprawdę wszystkie rafinerie, linie kolejowe, lotniska, kopalnie, gazownie i elektrownie są kontrolowane przez rząd i polityków?” – dziwiłby się zewnętrzny obserwator. „To wy w tej Polsce macie jakiś wolny rynek czy nadal gospodarkę centralnie planowaną?”  Ale to jeszcze szło by jakoś wytłumaczyć.

Dużo trudniej byłoby wyjaśnić komuś pochodzącemu z kraju utrzymującego trójpodział władzy polski proces legislacyjny. „Rząd pisze wam ustawy, zamiast zajmować się ich wykonywaniem?!” – nie mógłby uwierzyć, że prawie całe prawo obowiązujące Polaków pisane jest w gmachach władzy wykonawczej. „U nas to wybrany przez ludzi parlament decyduje o takich sprawach jak podatki, emerytury czy uprawnienia aparatu ścigania” – odparłby rozmówca nieznający polskich realiów. „A bank centralny mamy od tego, by trzymał w ryzach walutę i pilnował kartelu bankowego, a nie wtrącał się w pisanie ustaw” –dodałby.

No u nas niby też. Ale tak naprawdę ustawy piszą ministerialni urzędnicy, a posłowie i senatorowie przegłosowują je bez zaznajamiania się z ich treścią. Bo obowiązuje „dyscyplina partyjna” – kto się wyłamie, ten wylatuje z Partii i traci szanse na reelekcję (chyba że przejdzie to innego subsydiowanego  z pieniędzy podatników ugrupowania politycznego).  Zresztą, to szef rządzącej partii decyduje, kto może zostać posłem, a kto nie. Ludzie w wyborach mogą zagłosować tylko na tego, kto znajdzie się na partyjnej liście. Inni kandydaci nie mają szans ze względu na kształt ordynacji wyborczej.

Ta cała patologia państwa polskiego skupiła się jak w soczewce podczas dyskusji o PPK. Mamy rząd, który jest równocześnie inwestorem (połowa spółek z WIG20 należy do Skarbu Państwa), pracodawcą (państwowe spółki zatrudniają miliony ludzi) jak i prawodawcą – to w ministerstwach pisze się ustawy, które Sejm i Senat potem hurtowo i bezrefleksyjnie „przyklepują”. Ten chory system nie jest wyłącznym produktem ekipy obecnie sprawującej władzę . PiS miał skończyć z „postkomunizmem”. Szkoda tylko, że przed wyborami nie dodał, że zamierza po prostu wrócić do czasów komuny, oddalając się możliwie najdalej od wolnego rynku i własności prywatnej. Zamiast tego skupia całą władzę i zasoby kraju w rękach wąskiego politbiura. Dokładnie tak, jak to było w latach 1944-89.

Krzysztof Kolany
Krzysztof Kolany