Budapeszt to tylko jedna szabla

Obszarem, w którym interesy Polski i Węgier są całkowicie rozbieżne, jest na przykład energetyka.

FOT. KPRM

Nie licząc udziału 14-15 grudnia w standardowym szczycie Rady Europejskiej — notabene skróconego o trzy godziny z powodów krajowych, które dla Brukseli pozostały niepojęte — Mateusz Morawiecki z premierową wizytą dwustronną udał się do Budapesztu.

Minęły już czasy, gdy inauguracyjnej podróży polskiego prezydenta czy premiera nadawano znaczenie wręcz mistyczne — bezpośrednio po przemianach ustrojowych niegdysiejszą PR-owską obowiązkową Moskwę zmienił Watykan… Ostatnio bywa różnie, czasem interesownie, czasem przypadkowo, czasem sentymentalnie. Na przykład Donald Tusk w 2007 r. najpierw pojechał symbolicznie do Wilna. Niestety, upłynęła już dekada, a Litwini, jak nie chcieli uznać polskiej pisowni nazwisk — tak nie chcą.

Wizyta premiera na Węgrzech miała znaczenie zarówno historyczno-symboliczne, jak i bardzo przyziemne. Po przejęciu spraw w biegu od Beaty Szydło Mateusz Morawiecki chciał usłyszeć bezpośrednio od Viktora Orbána zapewnienie, że w razie gdyby zapoczątkowana 20 grudnia wnioskiem Komisji Europejskiej (KE) procedura karcenia rządu Prawa i Sprawiedliwości w trybie traktatowego art. 7 doszła aż do poziomu szczytu Rady Europejskiej — zostanie zastopowana wetem premiera Węgier. I usłyszał, co potwierdziło, że wymagająca jednogłośności prezydentów/premierów perspektywa nałożenia jakichkolwiek sankcji, obejmujących np. zawieszenie udziału polskiego premiera w głosowaniach na szczytach RE — to całkowita abstrakcja. Dla wizerunku Polski chodzi jednak o to, aby konfrontacja obecnej władzy z KE na temat praworządności w naszym kraju zakończyła się już w pierwszej instancji, czyli na poziomie ministerialnej Rady Unii Europejskiej. Do uznania „istnienia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia” wartości traktatowych organ wnioskujący musi zebrać głosy co najmniej 22 z 27 państw (Polska we własnej sprawie jest kibicem). A zatem premier Mateusz Morawiecki musi uzyskać z co najmniej 6 stolic zapewnienie, że wniosku KE nie poprą. Budapeszt to zaledwie jedna szabla…

Głównym wątkiem środowej wizyty był oczywiście problem uchodźców/imigrantów. W tej sprawie czwórka państw Grupy Wyszehradzkiej rzeczywiście drugi rok trzyma sztamę. Niestety, trudno znaleźć jakieś inne dziedziny konkretnej ich współpracy pro, a nie anty. Obszarem, w którym interesy Polski i Węgier są całkowicie rozbieżne, jest na przykład energetyka, w której nie ma i nie będzie regionalnej solidarności. Obraliśmy kurs na odpępnienie kraju od dostaw surowców z Rosji, natomiast pozbawione dostępu do morza Węgry uzależnienie od wschodniego źródła na poziomie 80 proc. uważają za bardzo bezpieczne i przyszłościowe. Co ciekawe, w kwestii oparcia się na gwarancjach prezydenta Władimira Putina identyczne zdanie mieli/mają były socjalistyczny premier Ferenc Gyurcsány oraz ostro go zwalczający obecny prawicowy szef rządu Viktor Orbán.

Jednomyślność energetyczną na szczęście daje się znaleźć także w Polsce. Sztandarowym przykładem jest terminal LNG w Świnoujściu — wymyślony i zlokalizowany dekadę temu przez Lecha i Jarosława Kaczyńskich, a zbudowany przez rząd Donalda Tuska.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski