Celem powinien być kompromis

Reaktywacja Rady dialogu Społecznego nie oznacza, że poprawiły się realia dialogu społecznego.

Wniosek zaakceptowany przez wszystkich uczestników wczorajszego spotkania u prezydenta RP, podsumowującego pierwszy rok funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego (RDS), brzmi: dobrze, że ustawowy dialog społeczny został w 2015 r. wznowiony.

Pod taką konkluzją również się podpisuję, sytuacja RDS na pewno jest lepsza niż martwota byłej Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, którą w 2013 r. strona związkowa porzuciła w proteście przeciw nieuwzględnianiu jej postulatów przez rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Reaktywacja instytucjonalna absolutnie jednak nie oznacza, że poprawiły się realia dialogu społecznego.

Dowodem jest bardzo ograniczony dorobek kreatywny pierwszego roku RDS. Liczba posiedzeń plenarnych, prezydium oraz zespołów branżowych, a także rządowych dokumentów kierowanych do zaopiniowania jest pokaźna, ale statystyka zaciemnia istotę. Bardzo niewygodny dla władzy jest bilans faktycznego wpływu RDS na finalną treść ustaw czy rozporządzeń. Rząd Prawa i Sprawiedliwości absolutnie nie różni się od poprzedników, mentalnie nie umie wyjść z butów wszechwładnego decydenta i w trójkącie RDS nie chce stać się bokiem naprawdę partnerskim. W ciągu minionego roku pozostałym bokom udało się wywalczyć jeden konkret — wycofanie się władzy ze szkodliwego pomysłu wyrwania obsługi wojewódzkich rad dialogu społecznego (WRDS) z samorządowych urzędów marszałkowskich i przypisania ich wojewodom. Czysto proceduralna jaskółka dialogowej wiosny jednak nie czyni.

Andrzej Duda, gospodarz rocznicy RDS, popisał się tezą zdumiewającą. Otóż według prezydenta chodzi o to, by dialog społeczny trwał, natomiast osiągnięcie kompromisu jest kwestią wtórną — może kiedyś… To szczera samoocena stylu wprowadzania tzw. dobrej zmiany. Przecież kompromis z definicji jest celem i sensem wszelkich negocjacji, a polega na tym, że żadna strona nie jest w pełni zadowolona, bo musi z czegoś ustąpić. Niestety, RDS traktowana jest jako kwiatek do rządowego kożucha. Projekty dokumentów przypominają latawce, przelatujące nad nią tak szybko, że nie ma czasu ani szans nawet na zaopiniowanie, nie mówiąc o uwzględnieniu uwag. Grube przykłady z minionego roku to rządowy dyktat — przy aplauzie związkowców i proteście pracodawców — minimalnej płacy miesięcznej oraz stawki godzinowej. Notabene wyżej od latawców latają sputniki, których w ogóle nie widać — czyli ulubione przez PiS ważne projekty pchane ścieżką poselską, niepodlegające jakimkolwiek konsultacjom.

Rotacyjne przewodnictwo RDS wczoraj przeszło na rok z rąk związkowców do pracodawców. Konkretnie — Piotr Duda, szef Solidarności, przekazał pałeczkę Henryce Bochniarz, szefowej Konfederacji Lewiatan. Jednoosobowa władza przewodniczącego RDS jest decyzyjnie żadna, ale organizacyjnie — wielka. Dlatego pozostańmy przy nieśmiałej nadziei, że przyjęta z taką nadzieją instytucja dialogu społecznego przestanie być platformą nachalnego forsowania postanowień umowy PiS i Solidarności z ostatniej kampanii wyborczej. Po roku związkowym ma nadejść w pracach RDS rok przedsiębiorczości. Osobiście w dobrą zmianę mentalności obecnych władców Polski absolutnie nie wierzę, ale — obym się mylił. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski