Co prezes uznaje za „wysoką pensję”

Na zbiorowy skok na kasę partyjna armia PiS czekała długie lata, niecierpliwie przebierając nogami.

PiS obecnie rządzi tylko na Podkarpaciu, po wyborach planuje przejęcie jeszcze co najmniej dziesięciu regionów.Fot. Marian Zubrzycki - Forum

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowany w „PB” półtora roku temu „sPiS zasobów własnych” (okładkę z 16 stycznia 2017 r. przypominamy na dole sąsiedniej strony) obejmował listę obsadzonych na dobrze płatnych państwowych posadach działaczy Prawa i Sprawiedliwości, ich rodzin i kolesiów z najróżniejszych poziomów władzy. Byli wśród nich radni sejmików wojewódzkich, rad powiatów oraz rad gmin/miast, a także kandydaci z list PiS, którzy nie dostali się do parlamentu lub organów samorządu terytorialnego. Na zbiorowy skok na kasę ta partyjna armia czekała długie lata, coraz bardziej niecierpliwie przebierając nogami. Dlatego tak triumfowała w wieczór wyborczy 25 października 2015 r. Trzeba pamiętać, że znacznie mniej płacące spółki i instytucje wojewódzkie PiS opanowało tylko na Podkarpaciu, a rządzone wielkie miasta może zliczyć na palcach ręki. Samorząd to wciąż gospodarstwo PO i PSL, którym poświęciliśmy kadrowe raporty w 2012 r. — tamte okładki również przypominamy na stronie obok.

Materiał na stronach 2-5 o tuczącym państwowym garnuszku ogranicza się do poziomu wojewódzkich sejmików. Głównie ze względu na obszerność kadrowego problemu, ale również ze względu na szczególne znaczenie polityczne, jakie władcy centralni przyznają województwom. Właśnie urzędy marszałkowskie, obok ratuszy w metropoliach, będą głównym polem jesiennej bitwy samorządowej — jej najbardziej prawdopodobna data to 21 października. Obchodzące dwudziestolecie istnienia w obecnym kształcie upartyjnione sejmiki generalnie są organami bardzo dziwnymi, czymś na kształt mutacji Sejmu. Mieszkańcy województw kojarzą co najwyżej marszałków województw, a o swoich radnych nie mają pojęcia. Sejmiki stały się przechowalniami partyjnych pechowców drugiego sortu, którzy nie dostali się do parlamentu centralnego lub europejskiego i traktują samorządowe mandaty jako epizody. Patologii jest wiele, np. PO na Mazowszu obsadza w sejmiku… burmistrzów stołecznych dzielnic, którzy mogą sprawować mandaty dlatego, że w ogromnej gminie Warszawa nawet 200-tysięczna dzielnicy jest tylko jednostką pomocniczą. To jednak patologia innego typu, antysamorządowa, różniąca się od czystego skoku na kasę w spółce.

Środowisko samorządowców PiS było naturalnym rezerwuarem sprawdzonych towarzyszy, rzuconych na front tzw. dobrej zmiany. Dlatego takim szokiem stała się dla niego zaskakująca decyzja prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który zakazał — formalnie zrobiło to politbiuro PiS — ubiegania się jesienią o reelekcję w barwach Zjednoczonej Prawicy (czyli obejmuje to także przystawki Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina) mającym „wysokie pensje” w spółkach skarbu państwa. Równie populistyczny nakaz obniżenia pensji samorządowcom na stanowiskach wykonawczych wchodzi w życie z wielkimi oporami, sabotowany jest nawet w gminach rządzonych przez PiS. Kontrola nad tegorocznymi listami kandydatów oczywiście jest znacznie łatwiejsza. Kasta samorządowo-spółkowa uczepiła się, niczym tratwy ratunkowej, nadziei związanej z kryterium „wysokiej pensji”. Prezes nie doprecyzował, czy chodzi mu o rzeczywistą finansową czołówkę, czy wymiecenie z kandydowania wszystkich. Nasza lista na stronach 4-5, obrazująca faktyczne zróżnicowanie etatowych apanaży wojewódzkich samorządowców PiS, może okazać się materiałem… przydatnym wszechrządzącej partii.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski