Dobrej zmianie RDS jest zbędna

W praktyce nie ma większego znaczenia, kto zwołuje posiedzenia jakiegoś organu, lecz jaka jest jego prawdziwa decyzyjność.

Zgodnie z zapisem ustawy z 2015 r. o Radzie Dialogu Społecznego (RDS), po dwóch latach jej funkcjonowania wniesiony zostanie projekt technicznej nowelizacji. Formalnego autorstwa podjął się Andrzej Duda, który od Bronisława Komorowskiego przejął prezydencki patronat nad RDS. Jej utworzenie w miejsce martwej Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych poprzedni parlament przegłosował błyskawicznie i przy pełnej partyjnej zgodzie, co było dowodem nadziei związanych z reformą dialogu społecznego. Poza centralną RDS powstały jej odpowiedniki wojewódzkie. Gdyby jednak odcedzić propagandową wodę i na konkretach przeanalizować, w czym RDS realnie okazuje się lepsza od komisji — to znalezienie argumentów przychodzi z wielkim trudem.

Nowinką formalną stało się rotacyjne przewodnictwo rady, dawną komisję prowadził rząd. Pracami RDS w pierwszym roku kierowała strona związkowa, a personalnie Piotr Duda, przewodniczący NSZZ Solidarność. Na drugi rok pałeczkę przejęli pracodawcy, a konkretnie Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan. Wczoraj w obecności prezydenta przewodnictwo przejęła strona rządowa, czyli minister Elżbieta Rafalska. W praktyce jednak nie ma większego znaczenia, kto zwołuje posiedzenia jakiegoś organu, lecz jaka jest jego prawdziwa decyzyjność. 17 października samooceny dokonali szefowie współtworzących RDS trzech (czyli wszystkich) central związkowych oraz trzech (bez czwartej) organizacji przedsiębiorców — w pierwszym zdaniu pisma dotyczącego konfliktu w służbie zdrowia, skierowanego m.in. do premier Beaty Szydło: „Z rozczarowaniem należy stwierdzić, iż po raz kolejny jako reprezentatywni partnerzy społeczni stajemy się uczestnikami przykrej praktyki polegającej na dewaluacji RDS jako instytucji, której misją jest poszukiwanie kompromisów w sprawach strategicznych dla przyszłości społeczno- -gospodarczej naszego kraju”.

Te gorzkie słowa można odnieść do wielu tematów, którymi RDS zajmowała się w ciągu dwóch lat.

Instytucjonalna reaktywacja dialogu społecznego absolutnie bowiem nie oznacza, że poprawiły się jego realia. Liczba posiedzeń plenarnych, prezydium oraz zespołów branżowych RDS, a także dokumentów kierowanych do zaopiniowania jest pokaźna, jednak statystyka zaciemnia istotę. Bliski zera jest bilans faktycznego wpływu RDS na finalną treść ustaw czy rozporządzeń. Rząd PiS nie różni się od poprzedników, nie ma zamiaru wychodzić z butów wszechwładnego decydenta i nie chce stać się partnerskim bokiem trójkąta. Związkowcy i przedsiębiorcy projekty dokumentów nazywają latawcami, przelatującymi tak szybko, że nie ma szans na zaopiniowanie, nie mówiąc o uwzględnieniu uwag. Najbardziej szkodliwe są tak ulubione przez PiS projekty forsowane ścieżką poselską, niepodlegające jakimkolwiek konsultacjom społecznym, ba, nawet… uzgodnieniom międzyresortowym. Podczas posiedzenia RDS zgłoszono postulat, by przy podejmowaniu decyzji podpisowej wobec ustawy prezydent Andrzej Duda sprawdzał, czy jej ścieżka legislacyjna… objęła konsultacje. Premier Beata Szydło zaś rzuciła pomysł, by może w pracach RDS uczestniczyli członkowie prezydiów Sejmu i Senatu. Wszelkie takie pomysły decyzyjnego upodmiotowienia RDS to jednak abstrakcja, albowiem filozofia tzw. dobrej zmiany w ogóle nie przewiduje istnienia takiej przeszkody…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski