Dyrektywa uderzy już nieodwołalnie

Samoizolujący się rząd PiS ma na forum UE minimalne zdolności koalicyjne.

Polska jest unijną potęgą transportową. Dyrektywa znacznie podniesie polskim przewoźnikom koszty osobowe.

Beczka rządowej samochwalby z okazji 24-miesięcznicy zwycięstwa wyborczego PiS z 25 października 2015 r. skażona została łyżką dotkliwej porażki w sprawie zmiany unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych. Pamiętny nokaut Beaty Szydło 1:27 na forum prezydencko-premierowskiej Rady Europejskiej (RE) w sprawie reelekcji Donalda Tuska to rekord już nie do pobicia, w sprawie dyrektywy rząd przegrał w ministerialnej Radzie UE pakietowo 4:21, przy 3 państwach (wśród nich Wielka Brytania) wstrzymujących się. O ile jednak klęska marcowa miała wymowę polityczno-wizerunkową, o tyle znacznie mniej nośna propagandowo dyrektywa realnie uderza w interesy kilku polskich branż — przede wszystkim transportowej, ale także budowlanej. Zatem to nie łyżeczka, lecz cała łycha.

W kończącym się tygodniu dyrektywa przeszła pierwszy etap w obu organach legislacyjnych.

Formalnie wstępny, ale w unijnej praktyce już wiążący i w generaliach nieodwracalny. W poniedziałek Rada UE przyjęła stanowisko wspomniane wyżej, w środę zaś Parlament Europejski w Strasburgu zaakceptował stanowisko komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych. Negocjacje dyrektywy rozpocznie w listopadzie prezydencja estońska, a zakończy zapewne już w 2018 r. bułgarska. Ministrowie obu tych państw znajdują się w grupie popierającej dyrektywę, zatem będą forsowali linię Rady UE. Chodzi m.in. o zapis, żeby okres delegowania wynosił maksymalnie 12 miesięcy, z możliwością przedłużenia o pół roku, a potem pracownicy podlegali już przepisom kraju przyjmującego. Akurat w tym szczególe stanowisko PE jest dla polskich firm korzystniejsze, albowiem przyjęto 24 miesiące, z możliwością przedłużenia na dokończenie prac. Niestety, obie sprawozdawczynie PE, które będą negocjatorkami, czyli francuska republikanka i holenderska socjalistka, zdecydowanie optują za okresem 12-miesięcznym. Zatem już można obstawiać, że jednolita wersja dyrektywy, przedłożona do uchwalenia przez PE, będzie dla przedsiębiorców polskich wyjątkowo niekorzystna…

Rozgrywka o pracowników delegowanych to dowód bardzo niskiej pozycji rządu PiS na forum UE.

Utrzymanie dotychczasowych zasad było nie do obrony, albowiem twarde jądro UE uznało przenoszenie na jego obszar przepisów i stawek wynagrodzeń z naszego regionu za dumping. Zadaniem rządu było zatem maksymalne złagodzenie niekorzystnej nowelizacji, ewentualnie zmontowanie na forum Rady UE traktatowej tzw. mniejszości blokującej. Samoizolujący się rząd PiS ma jednak minimalne zdolności koalicyjne, w sprawie dyrektywy został porzucony m.in. przez rządy Czech i Słowacji, które współpracę wspólnotową stawiają znacznie wyżej niż iluzje korzyści z zamykania się w Grupie Wyszehradzkiej. Dlatego marzeniem obecnych władców Polski jest przeniesienie do wszelkich procedur unijnych sarmackiego liberum veto, które rzeczywiście obowiązuje w strategicznych decyzjach na szczytach RE. Jednak w trybie stanowienia prawa traktaty wprowadziły większość kwalifikowaną, dając państwom niezadowolonym możliwość zorganizowania precyzyjnie wyliczonej mniejszości blokującej. Sklecenie takowej, nawet w obronie najbardziej żywotnych polskich interesów, znajduje się jednak poza zasięgiem rządu tzw. dobrej zmiany.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski