Dzisiaj byśmy do UE nie weszli

Konkluzją posiedzenia KE będą co najwyżej pełne dyplomatycznej poprawności wyrazy troski.

Fot. Marek Wiśniewski/Puls Biznesu

Przeanalizowanie przez Komisję Europejską (KE) na cotygodniowym środowym posiedzeniu stanu praworządności w Polsce rzecz jasna nie skończy się żadnym napiętnowaniem. Konkluzją będą co najwyżej pełne dyplomatycznej poprawności wyrazy troski. Obiektywnie nie ma na razie powodów do czegokolwiek więcej. Ale już samo znalezienie się takiego punktu w porządku obrad unijnego rządu jest wielkim wstydem dla każdego państwa, którego to dotyczy.

Przyczyną zaniepokojenia Brukseli nie są żadne przewiny rządzących na arenie unijnej, lecz właśnie wewnętrznej. Dlatego filozofia ekipy PiS, że sprawy polskie należy rozwiązywać tylko w Polsce, jest całkowicie zrozumiała. Taka jest mentalność wszystkich władców na świecie, którzy z założenia podważają prawo społeczności międzynarodowej do tzw. wtrącania się w ich sprawy wewnętrzne.

Premier Beata Szydło demonstracyjnym usunięciem z sali obrad rządu unijnej flagi, wprowadzonej tam 30 kwietnia 2004 r., nie zmieni jednak okoliczności, że członkostwo Polski w UE nie polega jedynie na ciągnięciu stamtąd pieniędzy.

Generalnie mamy wielki fart, że… już jesteśmy dwunasty rok w UE. Dokładnie pamiętam negocjacje Polski z KE, rozpoczęte przez rząd Jerzego Buzka, a sfinalizowane przez Leszka Millera.

Domykając kolejne rozdziały akcesyjne, pokonywaliśmy tysiące szczegółowych punktów spornych, ale jako państwo Polska zachowywała się w tamtym czasie bez zarzutu w obszarze demokratyzacji — mimo ostrych walk partyjnych, zmian ekip u steru itp.

Trudno uniknąć wrażenia, że gdyby przełomowy szczyt w Kopenhadze, na którym w grudniu 2002 r. decydowała się akcesja Polski, odbywał się dzisiaj — wszechwładcy kraju tylko pocałowaliby z zewnątrz unijną klamkę.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski