Energetyczna dwubiegunowość

Grupa Wyszehradzka, z angielska zwana V4, to byt równie idealistyczny co ulotny. Od zawiązania w 1991 r. najlepiej sprawdziła się w okresie wchodzenia Polski, Czech, Węgier i Słowacji najpierw do NATO (tutaj Słowacja o kilka lat odstała), a później do Unii Europejskiej. Przy czym już na finiszu negocjacji akcesyjnych z Brukselą w 2002 r. ujawniła się całkowita rozbieżność interesów — głównie dużej Polski wobec trzech małych partnerów. W czasach już unijnych za zwartością stricte terytorialną V4, ważną zwłaszcza po wejściu wszystkich państw do strefy Schengen, nie idzie gospodarcza i polityczna.

Fot. Bloomberg

Przez kilka lat próbował to zmienić premier Donald Tusk. Zawsze przed rozpoczęciem się szczytów Rady Europejskiej montował w Brukseli zbiórki V4, z dołączonymi republikami bałtyckimi oraz bałkańskimi. Takie miniszczyty służyły przede wszystkim promowaniu projektu unijnej solidarności energetycznej, ale realnie niewiele z nich wychodziło. Od zmiany rządu w Polsce przygaszona V4 zyskała nowe polityczne paliwo, ale głównie w obszarze niezgody — na narzucanie kwot imigracyjnych, a także na brytyjskie ograniczenia świadczeń socjalnych dla przybyszów również z V4.

Zdecydowanie najsłabszym punktem Wyszehradu pozostaje solidarność energetyczna. Trzy małe państwa bez dostępu do morza nie mają szans na naftoporty czy gazoporty, opierając swoją energetykę na infrastrukturze z epoki Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Pozostają uzależnione od surowców z Rosji niezrównanie bardziej niż Polska. Dlatego np. poczynione wczoraj przez premiera Viktora Orbána wobec premier Beaty Szydło odkrycie, że warto byłoby poprawić sieć połączeń drogowych, lotniczych i kolejowych w V4 — to oczywistość. W strategii energetycznej jednak pozostaniemy na przeciwstawnych biegunach. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski