Fundamentem jedności jest historyczna prawda

Szczyt NATO pod hasłem jedności, a na krajowym poletku walka na noże.

FOT. Kancelaria Prezydenta RP/Twitter

Lejtmotywem rozpoczynającego się dzisiaj na PGE Narodowym dwudniowego szczytu Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) jest jedność państw członkowskich. W jego kuluarach słychać nawet upowszechnianą w uniesieniu maksymę królewskich muszkieterów „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Niestety, przy tak nadzwyczajnej okazji nie ma mowy o chociażby taktycznym, epizodycznym zbliżeniu w jakimkolwiek wątku skonfliktowanych polityków na poletku wewnętrznym. Rządzące Prawo i Sprawiedliwość oraz rozczłonkowana sejmowa opozycja pozostają na noże.

Kolejnym przykładem starcia stało się uchwalenie w wigilię szczytu nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym (TK).

Teoretycznie miała ona skonsumować zalecenia Komisji Weneckiej i wreszcie rozwiązać prawny konflikt, paraliżujący od wielu miesięcy nasze państwo. PiS jednak przeforsowało własny projekt, uwzględniając zaledwie kilka niewiele znaczących, proceduralnych poprawek spośród całej masy zgłoszonych przez opozycję. Termin głosowania Sejmu nad ustawą był nieprzypadkowy — podczas spotkań dwustronnych towarzyszących szczytowi NATO władza będzie miała wygodną, uspokajającą odpowiedź na ewentualne trudne pytania o kryzys wokół TK. Niestety, będzie to odpowiedź nie całkiem prawdziwa.

A wydawało się, że szczyt poświęcony najżywotniejszym interesom bezpieczeństwa Polski to idealna okazja do przynajmniej zawieszenia wewnętrznej wojny. Zwłaszcza że jego organizowanie w Polsce załatwił na poprzednim szczycie w walijskim Newport osobiście prezydent Bronisław Komorowski — rzecz jasna z myślą, że taki wizerunkowy triumf stanie się perłą w koronie jego drugiej kadencji… A o zlokalizowaniu obrad NATO na Stadionie Narodowym zdecydował minister obrony Tomasz Siemoniak. Ubiegłoroczny zwrot wyborczy sprawił, że całą śmietankę obecnie spijają prezydent Andrzej Duda i minister Antoni Macierewicz, którym tak fantastyczny wizerunkowo prezent spadł z nieba w pierwszym roku podwójnych rządów. Takie są po prostu reguły demokracji.

Nieuczciwa jest jednak obecna doktryna przedstawiania naszego dorobku w NATO. Ważne okazuje się tylko napomknięcie o perspektywie przystąpienia Polski do sojuszu przez premiera Jana Olszewskiego i ministra obrony Jana Parysa w 1992 r. — a później temat wpadł w czarną dziurę. Wieloletnią, ciężką pracę wykonały jakieś krasnoludki albo zielone ludziki. Tymczasem zwyczajna przyzwoitość nakazuje docenienie właśnie przy okazji warszawskiego szczytu Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego wysiłków prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, w decydujących latach 1997–99 idącego ramię w ramię z obcym mu ideowo rządem premiera Jerzego Buzka. A także mrówczej pracy Jerzego Koźmińskiego, ambasadora w USA, oraz zmasowanej akcji Jana Nowaka-Jeziorańskiego dotarcia do amerykańskich senatorów i kongresmenów przed ratyfikacją traktatu. No cóż, historia zasadnie nazywana jest nauczycielką życia, także politycznego, ale nie może być tak zmanipulowana.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski