Gabinet odziedziczony bez żadnych zmian

Wpływ nowego premiera na skład listy, którą w poniedziałek formalnie zgłosił prezydentowi do zaprzysiężenia, był dokładnie zerowy.

Tak naprawdę w minionych dwóch latach między Beatą Szydło a Mateuszem Morawieckim wielokrotnie iskrzyło. Fot. Marek Wiśniewski

Formowanie rządu premiera Mateusza Morawieckiego gwałtownie przyspieszyło. Procedura powołania przez prezydenta Andrzeja Dudę nowego prezesa Rady Ministrów i nowych jej członków dopełniła się już w poniedziałek, aby we wtorek tematem było jedynie sejmowe exposé i wotum zaufania. Przy czym termin „nowy” realnie dotyczy samej wymiany premiera, natomiast wobec wszystkich ministrów ma znaczenie jedynie konstytucyjne, albowiem wszyscy dotychczasowi zachowali stanowiska. Pewną niespodzianką jest utrzymanie

przez Mateusza Morawieckiego osobistego kierowania Ministerstwem Rozwoju i Ministerstwem Finansów, ale zapewne to rozwiązanie przejściowe. Ponownie powołani zostali również wszyscy ministrowie usytuowani w KPRM, a wśród nich nawet Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów, któremu z wicepremierem Morawieckim wielokrotnie było nie po drodze.

Desygnowany premier już w piątek zapowiedział, że obecnie zmiany będą minimalne, a do restrukturyzacji dojdzie w styczniu. W związku z tym trwający od wielu tygodni serial medialnych przypuszczeń i politycznych podchodów absolutnie się nie skończył. Błyskawiczna wymiana prezesa Rady Ministrów przeprowadzona została pod ciśnieniem kalendarza, w tym międzynarodowego. W Paryżu odbywa się szczyt klimatyczny, a w czwartek Mateusz Morawiecki zadebiutuje na szczycie Rady

Europejskiej. Jednak z punktu widzenia teorii zarządzania przyjęta metoda restrukturyzacji gabinetu jest fatalna. Znacznie bardziej efektywne byłoby przeprowadzenie najpierw zmian, a dopiero potem uzyskanie podpisu prezydenta. Przyjęta ścieżka dała efekt absurdalny — według Konstytucji RP premier jest decyzyjną potęgą, w praktyce znacznie większą niż prezydent. Tymczasem wpływ Mateusza Morawieckiego na skład listy, którą w poniedziałek formalnie zgłosił prezydentowi do zaprzysiężenia, był dokładnie zerowy. Nieingerowanie, przynajmniej na tym etapie, w skład zdymisjonowanego gabinetu Beaty Szydło to element decyzji Jarosława Kaczyńskiego o wymianie szefa rządu.

Twardy elektorat PiS od minionego czwartku jest skołowany, ponieważ kompletnie nie rozumie powodu premierowskiej zmiany.

Dla załagodzenia rozgoryczonych wyborcówprezes postanowił przydzielić zdymisjonowanej premier jakieś stanowisko, aby nie zniknęła z obiegu medialnego. Nie przyjęła zostania wicemarszałkiem Sejmu, bo to rzeczywiście byłby boczny tor, natomiast stanowisko wicepremiera — i owszem. Wiceprezes Rady Ministrów bez resortu to decyzyjna fikcja, ale rolę osłonową i propagandową niewątpliwie odegra. Dużym ryzykiem jest ułożenie stosunków między poprzednim a obecnym szefem rządu. W minionych dwóch latach między Beatą Szydło a Mateuszem Morawieckim wielokrotnie iskrzyło, głównie w sprawach kompetencyjnych i decyzyjnych. Do opisu obecnej sytuacji w rządzie użyję przykładu bliskiego najbardziej zainteresowanym. Otóż przypomina to stosunki w parafii, w której po powołaniu nowego proboszcza jego poprzednik został rezydentem. Takie przypadki oczywiście się zdarzają, ale zwykle kończą się konfliktem.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski