Głos suwerena z Luksemburga

Podpisanie przez prezydenta Andrzeja Dudę już szóstej (!) tegorocznej nowelizacji ustawy z 8 grudnia 2017 r. o Sądzie Najwyższym (SN) było oczywistością. 

 

Ten ważny akt od początku jest wielkim legislacyjnym nieszczęściem. Tryb przejęcia SN przez tzw. dobrą zmianę stał się w 2017 r. przedmiotem ostrej rozgrywki między głową państwa a rozpychającym się kompetencyjnie ministrem Zbigniewem Ziobro. Po szokującym Prawo i Sprawiedliwość wecie prezydenta oraz cyklu jego narad z prezesem Jarosławem Kaczyńskim, ustawa została w końcu uchwalona i od drugiego kwartału 2018 r. weszła w życie. Co kilka tygodni wychodziły jednak jej niedoróbki i luki, uniemożliwiające PiS dokonanie skutecznego przejęcia SN — analogicznie jak to udało się na początku kadencji z Trybunałem Konstytucyjnym. Dlatego nowelizacja goniła nowelizację nowelizacji. Ta najnowsza z 21 listopada została przeforsowana równie błyskawicznie, jak wszystkie poprzednie, ale sens miała… całkowicie odwrotny.

Sam podpis był oczywistością, jednak termin okazał się zdumiewający. Andrzej Duda odczekał przysługujące mu konstytucyjnie 21 dni, a 17 grudnia podpis dodatkowo przetrzymał aż do wieczora. W wielu innych sytuacjach skracał konstytucyjny okres do wręcz… minut. Tak podpisał np. ustanowienie 12 listopada 2018 r. dniem narodowego nieróbstwa. Przetrzymanie podpisu nowelizacji ustawy o SN jednak istotnie zmieniło okoliczności prawne. Nagłe wycofanie się przez PiS z wyrzucenia przed upływem konstytucyjnej kadencji pierwszej prezes SN Małgorzaty Gersdorf oraz prezesów dwóch izb uzasadniane było wydaniem 19 października przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) tzw. postanowienia zabezpieczającego, biorącego w obronę usuwanych sędziów. Pośpiech w Sejmie i Senacie miał stworzyć wrażenie, że o zapisach ustawowych decyduje nasz niezawisły parlament, a nie konieczność podporządkowania się tymczasowemu postanowieniu unijnego organu z Luksemburga. Na logikę zatem ta szczególna nowela powinna zostać jak najszybciej podpisana i ogłoszona, aby jej wejście w życie uczyniło dalsze procedowanie TSUE bezprzedmiotowym. Prezydent jednak się spóźnił, bo 17 grudnia TSUE zdążył podjąć decyzję zabezpieczającą już ostatecznie. Bardzo ważne, że stało się to kilka godzin przed ogłoszeniem podpisania przez Andrzeja Dudę ustawy. Orzeczenie TSUE nie kończy jeszcze rozprawy, formalnie może ona potrwać nawet kilka miesięcy. Jednak PiS straciło koronny argument na użytek krajowy, że nieprawdą jest, jakoby tzw. dobra zmiana ustępowała przed organem unijnym, na dodatek w ogóle nieuprawnionym do orzekania w sprawie naszego SN.

Po wyborach samorządowych propaganda rządowa całkowicie wyciszyła istnienie tzw. suwerena. Powodem była oczywiście nieprawidłowa postawa niewdzięcznego elektoratu, który np. w 101 spośród 107 wielkich miast prezydenckich nie chciał słyszeć o kandydatach PiS, mimo zaprzęgnięcia przez rząd do kampanii wyborczej obietnic gigantycznych pieniędzy dla samorządów. Wycofanie się z personalnego skoku na kierownictwo SN wizerunkowo wychodzi jeszcze gorzej — otóż decyzyjny suweren wcale nie zaginął, lecz po prostu rezyduje na unijnym Kirchbergu w Luksemburgu. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski