Inwestycje mają kontekst wyborczy

Każde drgnięcie przepisów PIT, np. podniesienie kwoty wolnej – to zarazem fatalna wiadomość dla skarbników gmin/miast.

FOT. Marek Wiśniewski

Kolejnymi członkami rządu, z którymi premier Beata Szydło omawiała plany na 2017 r., byli sternicy gospodarki — wicepremier i podwójny minister Mateusz Morawiecki, zarazem szef Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, oraz Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów, czyli „małego rządu” wstępnie rozpatrującego już uszczegółowione projekty ustaw. Ze wspólnej konferencji prasowej trudno było wychwycić jakieś elementy nowe, o których jeszcze nie mieliśmy okazji pisać na łamach „PB”. A jednak się taki trafił.

Odnosząc się do stanu inwestycji, wicepremier Mateusz Morawiecki wspomniał o samorządzie terytorialnym.

Przyznał, że licząc rok do roku (chodzi o porównanie 2016/2015), sektor ten wyhamował nawet o 30-40 proc. W części związane jest to z wygaśnięciem źródła pieniędzy z unijnej perspektywy finansowej 2007–13 i dość powolnym rozkręcaniem się obecnej 2014–20. W zbiurokratyzowanym systemie rozliczeń z Brukselą zarówno koniec okresu poprzedniego, jak i początek nowego przesuwa się realnie o mniej więcej dwa lata w stosunku do nominalnego. Ale to tylko jedna z przyczyn inwestycyjnego dołka, równie ważne jest systematyczne uszczuplanie samorządowych dochodów. Każde drgnięcie przepisów PIT, np. podniesienie kwoty wolnej — to zarazem fatalna wiadomość dla skarbników gmin/miast. Dlatego ciekawie zabrzmiała w ustach wicepremiera zapowiedź jakichś, na razie niesprecyzowanych, ustaw upraszczających i zachęcających gminy/miasta do inwestowania.

Od razu jednak przerzucony został pomost między czystymi rachunkami a polityką. Wicepremier liczy, że samorządowe inwestycje ruszą niezależnie od patrzenia/niepatrzenia na kalendarz wyborczy. Tymczasem nie tak dawno prezes Jarosław Kaczyński, odnosząc się do bessy inwestycyjnej, wyraźnie postawił tezę, że to niedobry samorząd terytorialny rzuca kłody pod nogi dobrej władzy centralnej. Był to oczywiście kompletny absurd, oderwany od realiów budżetów jednostek samorządowych.

Perspektywom inwestycji nowy kontekst nadają zapowiedzi zmian w prawie wyborczym. Coraz więcej wskazuje na to, że już w najbliższych wyborach jesienią 2018 r. nie będą mogli ubiegać się o reelekcję wójtowie/ burmistrzowie/prezydenci, dla których kadencja 2014–18 jest co najmniej drugą sprawowaną nieprzerwanie w tej samej gminie/mieście. Ponieważ zakaz dotyczyłby wyborów przyszłych, nie ma mowy o żadnym działaniu prawa wstecz i niekonstytucyjności. Oczywiście pod warunkiem, że zmiana wejdzie w życie szybko i będzie miała odpowiednie, w takiej sprawie co najmniej roczne, vacatio legis. A jeśli wejdzie, to przestanie mieć sens zjawisko dosyć powszechne — kumulowanie oddawania czystym przypadkiem tuż przed wyborami (w tym wypadku chodziłoby o jesień 2018 r.) gminnych/miejskich oczyszczalni, przedszkoli, obwodnic etc. Obecni wójtowie/burmistrzowie/ prezydenci właśnie z myślą o takim efektownym finale kadencji przewidzieli już w budżetach na 2017 r. ożywienie inwestycyjne, bez czekania na ustawowe zachęty. Wypada zatem trzymać kciuki, by czarna dla nich perspektywa nieodwołalnego odejścia z samorządowego gabinetu w listopadzie 2018 r. nie podcięła im rozwojowych skrzydeł.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski