Kompromis jest sztuką ustępstw

Trudno zliczyć, który to już szczyt Rady Europejskiej (RE) określany jest jako „wyjątkowy” i „decydujący”. Ale rzeczywiście, w agendzie zbiórki szefów unijnych państw i rządów trwającej w brukselskim gmachu Justus Lipsius znajduje się problem bez precedensu — ewentualność pierwszego w dziejach Unii Europejskiej wyjścia państwa członkowskiego. I to nie małej Malty czy Estonii, lecz jednego z karety potentatów — Zjednoczonego Królestwa.

Przewodniczący Donald Tusk ambitnie założył osiągnięcie kompromisu bez względu na długość szczytu.

Już kiedyś przećwiczył, że najlepszym sposobem rozmiękczenia twardego brytyjskiego premiera Davida Camerona jest wzięcie go na zmęczenie. Dlatego szczyt ma trwać do oporu, nawet przez weekend. W chwili wysyłania tego komentarza rzecz jasna nie znam efektów nocnej kolacji roboczej prezydentów i premierów z czwartku na piątek.

Tak potrzebny UE kompromis to porozumienie, z którego żadna ze stron nie może być do końca zadowolona. Te same ustalenia, które na przykład państwa Grupy Wyszehradzkiej uznają za koncyliacyjne i rozsądne — brytyjska opinia publiczna może ocenić jako klęskę swojego premiera. Najlepszym przykładem jest biegunowa rozbieżność w traktowaniu brytyjskich świadczeń socjalnych dla imigrantów z innych państw unijnych. Notabene największą kością niezgody w Brukseli są relacje, na które np. Polska nie ma wpływu — między Eurolandem a państwem utrzymującym funta i żądającym, aby ta narodowa waluta nie była unijnym marginesem, lecz pieniądzem równorzędnym euro. Jedno jest pewne — referendum brytyjskie w sprawie dalszej przynależności do UE się odbędzie i to poddani Elżbiety II będą mieli decydujące zdanie. Ale treść kompromisu osiągniętego — lub jego nieosiągnięcie — na szczycie RE będzie dla nich bardzo istotną podpowiedzią, jak głosować.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski