Konkluzje zawsze lepsze od ich braku

Realna pożyteczność wszelkich zbiórek współczesnych władców systematycznie spada.

Donald Trump na szczycie G7 zagrał w westernie „Jeden przeciw wszystkim”.Autor: Fot. Christinne-Muschi

 

 

Świat zastygł w oczekiwaniu na spotkanie prezydenta Donalda Trumpa i „niezłomnego przywódcy” (taki ma oficjalny tytuł) Kim Dzong Una. Historyczność szczytu w Singapurze jest bezdyskusyjna, natomiast jego efektywność — to już wielki znak zapytania. Realna pożyteczność wszelkich zbiórek współczesnych władców systematycznie spada. Dobrym przykładem są szczyty Rady Europejskiej (RE), kończące się przyjmowanymi jednomyślnie przez prezydentów/premierów górnolotnymi konkluzjami, których realizacja niestety często się rozmywa. Notabene w marcu 2017 r. rząd PiS wprowadził nową jakość — pierwszy raz w dziejach Unii Europejskiej uczestnik szczytu odmówił podpisania konkluzji. Wykonując dyspozycję Jarosława Kaczyńskiego, premier Beata Szydło obraziła się na cały dokument wyłącznie z tego powodu, że w jednym z punktów odnotowano dokonanie przez RE reelekcji Donalda Tuska. Efekt był taki, że zwyczajowy tytuł dokumentu „konkluzje RE” zmieniono na „konkluzje przewodniczącego RE”, niewymagające już jednomyślności.

Ekipa tzw. dobrej okazała się jednak globalnym prekursorem. W sobotę prezydent Donald Trump odmówił podpisania konkluzji szczytu G7 w kanadyjskiej frankofońskiej prowincji Quebec. Najpierw zaakceptował treść dokumentu, a potem jednym tweetem… odrzucił możliwość podpisania. W praktyce oznacza to, że elitarna G7 przekształciła się w G6+1, przynajmniej do końca prezydentury Donalda Trumpa. Jego spojrzenie nie tylko na międzynarodowy handel, lecz także na paryski kompromis klimatyczny czy stosunki z Iranem różnią obecną administrację amerykańską od rządów innych potęg Zachodu wręcz biegunowo. Sojuszników szokuje, że np. wprowadzenie ceł na stal i aluminium prezydent uzasadnił ustawowymi względami… bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych Ameryki. A przecież zarówno Kanada, jak i znakomita większość państw UE należy do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO). W tym kontekście niepewnie zapowiada się za miesiąc szczyt sojuszu w Brukseli, z którym takie nadzieje wiąże nasz rząd. Realnym decydentem choćby w sprawie statusu stacjonujących wojsk amerykańskich będzie przecież nie np. sekretarz generalny NATO, lecz prezydent.

W krótszym horyzoncie czasowym ciekawsze jest pytanie, co wyniknie z wtorkowego szczytu w Singapurze. Akurat trafił swój na swego — poziom przewidywalności i obliczalności Donalda Trumpa oraz Kim Dzong Una jest podobny. Zaniepokojony zbrojeniami atomowymi Korei Północnej świat za dobrą wróżbę przyjąłby jako efekt spotkania jakiekolwiek — choćby ogólnikowe, ale jednak — konkluzje zgodnie podpisane przez obu uczestników. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski