Króliczek brexitu zostanie złowiony

Sierpień to w europejskiej polityce miesiąc tradycyjnej kanikuły. Na zwolnionych obrotach funkcjonuje gmach Komisji Europejskiej, natomiast w Parlamencie Europejskim oraz ministerialnej Radzie Unii Europejskiej hula urlopowy wiatr.

Pro-EU supporters, calling on the government to give Britons a vote on the final Brexit deal, participate in the 'People's Vote' march in central London, Britain June 23, 2018. REUTERS/Henry Nicholls

Eurokracja ma jednak wakacyjny powód do frasunku, albowiem realna stała się perspektywa nieosiągnięcia przez UE porozumienia ze Zjednoczonym Królestwem w sprawie warunków brexitu. Po drugiej stronie kanału, zwanego Rękawem lub Angielskim (wersja zależy od punktu siedzenia), z podobnym niepokojem rozjechali się na wakacje deputowani do Izby Gmin. A jeszcze wiosną wydawało się, że krystalizują się cywilizowane warunki brexitu, będące kompromisem akceptowalnym dla obu stron. Obiektywnie jednak bardziej skuteczny okazał się po stronie unijnej Michel Barnier, wytrawny francuski dyplomata. W Londynie wybuchł kryzys rządowy, rzucili posady eurosceptycy — negocjator David Jones oraz minister spraw zagranicznych Boris Johnson — a w efekcie osobistą odpowiedzialność za warunki brexitu przejęła premier Theresa May.

Najlepszym komentarzem do obustronnej nerwowości może być przetworzone nasze przysłowie, że „mądry eurokrata po szkodzie”. Nikt nie przyznaje się do autorstwa artykułu 50 unijnego traktatu, wstawionego w 2007 r. reformatorskim traktatem z Lizbony, na podstawie którego „Każde państwo członkowskie może, zgodnie ze swoimi wymogami konstytucyjnymi, podjąć decyzję o wystąpieniu z Unii Europejskiej”. Gdyby go nie było, premier David Cameron nie przeforsowałby w 2016 r. nieszczęsnego referendum. Dalsze przepisy artykułu 50 ustalają, że „Traktaty przestają mieć zastosowanie do tego państwa od dnia wejścia w życie umowy o wystąpieniu lub, w przypadku jej braku, dwa lata po notyfikacji — chyba że Rada Europejska w porozumieniu z danym państwem członkowskim podejmie jednomyślnie decyzję o przedłużeniu tego okresu”. Premier Theresa May urzędowo notyfikowała brexit 29 marca 2017 r., zatem pozostaje tylko osiem miesięcy… PE już rozdysponował brytyjskie mandaty i w wyborach, które w 27 państwach odbędą się w długi weekend 23-26 maja 2019 r., Zjednoczone Królestwo jest już powietrzem. Zatem w ogóle nie wchodzi w grę przeciągnięcie negocjacji ponad dwa lata. Dlatego akurat w tym przypadku nie sprawdzi się teza, wyśpiewywana przez Skaldów — że „nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go”. Brexitowego najpóźniej 29 marca 2019 r. spotka los zapisany w tytule.

Po antagonistycznym rozwodzie Europa oczywiście się nie zawali, ale koszty gospodarcze i społeczne będą ogromne. Bez układu 3,7 mln obywateli UE w Zjednoczonym Królestwie (w tym rzesza Polaków) oraz 0,9 mln Brytyjczyków w państwach UE znajdzie się w stanie zawieszenia. W wymianie handlowej konieczne będzie zastosowanie ogólnych zasad i opłat Światowej Organizacji Handlu. Strona brytyjska nie jest zainteresowana unią celną, albowiem generalna umowa z UE uniemożliwiłaby Londynowi negocjowanie własnych porozumień z potężnymi gospodarkami USA, Chin czy Indii. Brexitem bez porozumienia zostałoby silnie uderzone finansowe City, które najbardziej, wspólnie z młodym pokoleniem Brytyjczyków, przeklina referendum z 23 czerwca 2016 r. Niestety dla wszystkich załamanych następstwami brexitu — o powtórce głosowania nie ma mowy…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski