Miesiąc decyzyjnej martwoty

Do politycznej oceny wyników wyborów samorządowych idealnie pasuje klasyczna teza Józefa Piłsudskiego „Racja jest jak d…, każdy ma swoją”. 

W niedzielę urny były przejrzyste, ale partie i komitety już zaczęły powyborcze dogrywki bez świadków.Autor: Fot. Krzysztof Zatycki

Władcy kraju podniecają się najlepszym wynikiem listy PiS w ponad połowie województw — co wcale nie oznacza, że ta osamotniona partia przejmie stery w aż tylu sejmikach — natomiast PO z Nowoczesną triumfują z powodu pokazania przez największe metropolie tzw. dobrej zmianie uniesionego środkowego palca.

Państwowa Komisja Wyborcza zbiorcze wyniki ogłosi we wtorek lub środę. Dopiero wtedy oficjalnie zaistnieje podział mandatów w sejmikach, co rozpocznie kolejny etap walki — konstruowanie większości. Identyczne procesy zachodzić będą w radach powiatów oraz na poziomie gmin/miast. Okres tych zakulisowych podchodów potrwa bardzo długo, ponieważ inauguracyjne sesje sejmików i rad odbędą się dopiero 17-23 listopada. Aż miesięczna dziura to skutek niespójności między ustawami samorządowymi a Kodeksem wyborczym. Kończąca się kadencja trwa sztywno cztery lata, licząc od dnia poprzednich wyborów, czyli aż do 16 listopada. Zgodnie z tym samym przepisem 21 października już zaczęła się nowa kadencja, notabene pięcioletnia. Wszyscy radni, a także wójtowie/burmistrzowie/prezydenci muszą jednak czekać na ślubowanie aż do tygodnia podanego wyżej.

Samorządowa kadencyjność na zakładkę to ustrojowa paranoja, szkodliwa dla państwa. Przy ostatniej nowelizacji kodeksu PiS mogło łatwo ten absurd skasować, kopiując przepisy z Sejmu i Senatu, gdzie stara kadencja kończy się o północy dnia poprzedzającego pierwsze posiedzenie w nowej. Ekipę tzw. dobrej zmiany naprawdę trudno podejrzewać o przeoczenie. Naturalnie nasuwa się zatem inny wniosek — aż miesięczny powyborczy okres martwoty w krnąbrnym politycznie samorządzie jest dla władców kraju po prostu wygodny. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski