Mord ma oczywisty podtekst polityczny

Tragiczna śmierć prezydenta Pawła Adamowicza, który zmarł po osiemnastu godzinach od ciężkiego zranienia nożem przez owładniętego nienawiścią kryminalistę, wywołała w Polsce zrozumiały szok.

Autor: Fot. Łukasz Dejnarowicz-Forum

Morderstwo w Gdańsku, dokonane na oczach setek świadków i w obiektywach kamer, ma oczywisty podtekst polityczny, czego absolutnie nie zamierzał ukrywać sprawca. Dość precyzyjnie wykrzyczał swoje motywy do mikrofonu kilka sekund po ataku na prezydenta.

W polskiej tradycji spektakularne — to określenie, niestety, pasuje — mordy o takim podłożu są rzadkością. Po gdańskiej tragedii z 13 stycznia 2019 r. trudno uniknąć — zachowując rzecz jasna historyczne i polityczne proporcje — skojarzeń z zamordowaniem 16 grudnia 1922 r. prezydenta Gabriela Narutowicza w warszawskiej Zachęcie. Podobieństwo polega nie tylko na tym, że obie zbrodnie wydarzyły się podczas zgromadzeń publicznych, oczywiście nieporównywalnych co do charakteru, sposobu organizacji i przede wszystkim liczby uczestników. Obaj sprawcy po osiągnięciu zbrodniczych, punktowych celów już nikogo innego nie zamierzali atakować. Eligiusz Niewiadomski oznajmił zgromadzonym na wernisażu w Zachęcie, że już nie będzie strzelał i spokojnie oddał broń. Kryminalista Stefan W. na gdańskiej scenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (WOŚP) także nikomu już nie groził — chociaż nożem wymachiwał — nie uciekał, upajał się przejętym mikrofonem i swoim więziennym manifestem. Łączący tragedie paradoks polega również na tym, że obaj zamordowani byli w pewnym sensie celami… zastępczymi. Eligiusz Niewiadomski planował zabicie Józefa Piłsudskiego, ale po jego odmowie kandydowania na prezydenta automatycznie przeniósł zamiar na wybranego Gabriela Narutowicza, którego w ogóle nie znał. Stefan W. za cztery zuchwałe napady rabunkowe został skazany na 5,5 roku więzienia w czasach Platformy Obywatelskiej, zatem ją uważał za przyczynę swojej więziennej traumy. Wyszedł na wolność w grudniu i zaplanował zemstę na ogólnie pojmowanym partyjnym ciemiężcy. Można sobie wyobrazić, że gdyby akurat znalazł się w jego zasięgu któryś z ważniejszych obecnych polityków PO, to zaatakowałby jego. Wybrał jednak symbolicznie mającego wcześniejsze związki prezydenta Pawła Adamowicza, umiejętnie wykorzystując gdański finał WOŚP.

Naturalnie obiegające zszokowany kraj pytanie brzmi: jak mogło do tego dojść. Otóż — zwyczajnie. W polskich realiach jedynymi osobami otaczanymi ścisłą ochroną fizyczną przez służby państwowe są prezydent i premier. Nieporównywalnie luźniej chronieni są inni decydenci, w tym marszałkowie parlamentu, wicepremierzy, ministrowie (poza MON, MSWiA i MSZ) i inni szefowie urzędów. Praktycznie żadna ochrona bezpośrednia nie jest rozpinana nad wojewodami i marszałkami województw, zaś na niższych szczeblach samorządu to abstrakcja. Firmy ochroniarskie wynajmowane są do tzw. całościowego pilnowania przebiegu imprez masowych, czyli odgrywają role zwykłych służb porządkowych, a nie ochroniarzy osobistych. Wszystko to jaskrawie wyszło 13 stycznia w Gdańsku. Okoliczności tragedii, zwłaszcza tajemniczy wątek wykorzystania przez zabójcę jakiejś plakietki medialnej, wymagają bezwzględnie wyświetlenia. Wnioski zapewne będą impulsem do zmiany przepisów, uszczelnienia systemu — jak stało się po śmierci pięciu dziewcząt w pożarze pokoju tajemnic. Niestety, będzie to mądrość znowu po tragicznej szkodzie.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski