Nagradzać lepiej za efekty, nie chęci

Stale piszemy z nadzieją o planach wicepremiera Mateusza Morawieckiego, ale wciąż przypomina to gonienie króliczka.

FOT. Marek Wiśniewski

Końcówka roku odchodzącego i początek nowego to okres intensyfikacji wręczania najrozmaitszych wyróżnień. W grudniu i styczniu konsumowana jest lwia część z całorocznego tortu tzw. owocnych podsumowań i zasłużonych retrospekcji. W związku ze zmianą władzy ostatnio skonfudowane i zagubione są czołowe od lat w nagrodowej branży media i organizacje biznesowe, natomiast rozkwitają świeckie beatyfikacje, dokonywane przez piewców tzw. dobrej zmiany.

Z ciekawością wyczekiwałem, kiedy owe honory zejdą z samych szczytów politycznej władzy na półkę bliższą „PB”. I w poniedziałek się to stało — pierwszą taką nagrodę, konkretnie tytuł Człowieka Roku od mocno prorządowej redakcji, otrzymał Mateusz Morawiecki, wicepremier oraz podwójny minister, rozwoju i finansów. Kapituła doceniła jego „wizjonerstwo i udowodnienie niedowiarkom, że poprawa losu zwykłych ludzi jest korzystna dla gospodarki”.

Pierwszy wyraz uzasadnienia w pełni się zgadza z rzeczywistością, ale reszta, a szczególnie konkluzja to wciąż wielki kredyt. Na łamach „PB” stale piszemy z nadzieją a to o planach wicepremiera utrzymania deficytu w ryzach, a to o konkretyzowaniu pakietu ustaw tworzących tzw. konstytucję dla biznesu — ale wciąż przypomina to gonienie króliczka. Efekty rozwojowego planu naprawdę „korzystne dla gospodarki” mogą być odczuwalne mniej więcej… pod koniec kadencji 2015–19.

Rekord świata w uhonorowaniu na wyrost ustanowił oczywiście Norweski Komitet Noblowski. W 2009 r. Barack Obama otrzymał nagrodę pokojową po zaledwie… dziesięciu miesiącach prezydentury za „nadzwyczajne wysiłki na rzecz wzmocnienia…” etc., etc. Bilans jego nijakich, ośmioletnich rządów to najlepszy dowód, jak bardzo przedwczesne przyznawanie laurów je deprecjonuje i ośmiesza — absolutnie nie samego laureata, zwykle zakłopotanego, lecz gremium decyzyjne.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski