Nieodwracalne koszty rosną

Na zaostrzającym się froncie referendalnym na razie brak nowych konkretów.

We wtorek prezydent Andrzej Duda przyjął inicjatorów trzech pytań (o wiek emerytalny, wiek obowiązku szkolnego oraz przyszłość lasów państwowych), które w referendum narzuconym krajowi przez Bronisława Komorowskiego usiłuje dopisać PiS, a które kategorycznie odrzuca PO. Głowa państwa decyzję ogłosi w tym tygodniu.

W aktualnym stanie prawnym ma kilka wyjść: najlepsze dla Polski: natychmiastowe podpisanie postanowienia prezydenta RP o utracie mocy postanowienia prezydenta RP z 17 czerwca (skorygowanego 3 sierpnia) o zarządzenia referendum, co od ręki zakończyłoby temat; pogmatwane i nieskuteczne: wystąpienie do Senatu, opanowanego przez PO, o wyrażenie zgody na zarządzenie przez prezydenta drugiego referendum z pytaniami PiS-owskimi w jakimś innym terminie, już na pewno nie 6 września; zachowawcze: umycie rąk od referendum zarządzonego na 6 września, z zapowiedzią powrotu do pytań forsowanych przez PiS już po wyborach.

Z każdym dniem rosną nieodwracalne już koszty przygotowań do referendum. Krajowe Biuro Wyborcze zleciło druk kart z trzema pytaniami, a pierwszą ich transzę nawet odebrało — to mniej więcej 4 mln zł. Trzeba doliczyć plastikowe nakładki dla wyborców niewidomych. Dochodzą diety komisarzy wyborczych, drogie usługi informatyczne, szkolenia, publikacje itp.

Wydatki zdążyły ponieść także gminy (potem zwróci im to budżet państwa), drukujące obwieszczenia z obwodami głosowania oraz spisy uprawnionych wyborców — to około 7 mln zł. Potężną pozycję stanowić będą diety dla ponad 27 800 komisji obwodowych, które pochłoną około 36 mln zł.

Z tego zestawienia wynika, że odwołaniem dzisiaj referendum prezydent mógłby zmniejszyć dług publiczny już tylko o część z kwoty szacowanej na 100 mln zł. Notabene — taką liczbą wciąż operują w swoich apelach wodzowie PSL, postulujący przeznaczenie jej na pomoc dla rolników. Przecież pieniądze wyborczo-referendalne i tak znajdują się w budżetowej sztywnej rezerwie celowej.

Podczas wtorkowych konsultacji objawił się zdumiewający pomysł. Duda Piotr, przewodniczący Solidarności, zaproponował prezydentowi Dudzie Andrzejowi zarządzenie referendum z trzema pytaniami PiS-owskimi na… niedzielę 25 października, czyli z wyborami. O szansach na wyrażenie zgody przez Senat już wspomniałem. Ale połączenie dwóch głosowań wyklucza także prawo.

Ustawa o referendum ogólnokrajowym dopuszcza takie rozwiązanie, wtedy zwiększone zadania wykonują obwodowe komisje wyborcze, liczące Sejm i Senat oraz osobno referendum. Ale gdy w 2011 r. uchwalany był jednogłośnie nowy kodeks wyborczy, przyjęto nowe godziny otwarcia lokali — od 7 do 21. Nikt nie pomyślał jednak o koniecznej poprawce w odrębnej ustawie referendalnej, gdzie pozostało po dawnemu — od 6 do 22. Przez pięć lat w ogólnym bezhołowiu legislacyjnym nigdy nikomu — ani prezydentowi, ani klubowi PO, ani PiS, ani PSL, ani SLD etc. nie przyszło do głowy zaproponowanie, przy którejś noweli kodeksu wyborczego, ujednolicenia godzin w ustawie referendalnej. Ta zapomniana mina obecnie wyklucza łączenie wyborów z referendami. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski