Otwarte kolejne pole konfrontacji

Niedawne wysłuchanie rządu PiS na posiedzeniu Rady UE ds. Ogólnych potwierdziło, że żadna ze stron nie może być pewna wyniku głosowania.

Starcia instytucji UE z rządem tzw. dobrej zmiany wydają się nie mieć końca. Przetrwają zbiegające się w 2019 r. zakończenie kadencji władz — w lecie unijnych, a jesienią krajowych. Na pewno istotna jest okoliczność, że to jeszcze rząd Mateusza Morawieckiego (przy założeniu dotrwania) zdąży we wrześniu obsadzić polskiego członka Komisji Europejskiej (KE) na kadencję 2019-24. Wcześniej zaś, 26 maja, PiS chce zdobyć nawet 32-35 spośród 52 polskich mandatów w Parlamencie Europejskim (PE). W obecnej kadencji ma ich tylko 19 z 51, na podstawie sondaży ma prawo liczyć na 28-30, ale postanowiło tak zachachmęcić kodeksem wyborczym, by ta sama liczba głosów w urnach dała w ich rozliczeniu wszechwładnej partii kilka mandatów więcej.

Na razie jednak wraża ideologicznie KE znowu z zaskoczenia uderzyła. W wigilię wejścia w życie ustawy o Sądzie Najwyższym (SN), rozpoczynającej jego kadrowe przejmowanie przez PiS, unijny gabinet wszczął postępowanie w sprawie uchybienia przez Polskę zobowiązaniom państwa członkowskiego, wynikającym z poświęconego sądownictwu art. 19 ust. 1 traktatu. Może się to skończyć pozwem do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w Luksemburgu, sprawa potrwa bardzo długo, ale hipotetycznym jej finałem mogą być m.in. wielomilionowe kary. Koniecznie trzeba podkreślić, że procedura uruchomiona przez KE 2 lipca 2018 r. to zupełnie inna ścieżka, niż wszczęta 20 grudnia 2017 r. w trybie art. 7. traktatu. Niedawne wysłuchanie rządu PiS na posiedzeniu ministerialnej Rady UE ds. Ogólnych potwierdziło, że żadna ze stron nie może być pewna wyniku głosowania. KE musi zgromadzić 22 państwa podzielające jej opinię, że z polską praworządnością dzieje się źle, natomiast rząd PiS musi zmontować tzw. mniejszość blokującą z udziałem co najmniej sześciu rządów przyjaznych. Komisja, przenosząc rozgrywkę na poziom Rady UE, zalicytowała wysoko. Ewentualna porażka w głosowaniu państw stałaby się jej prestiżową klęską oraz upadkiem wiceprzewodniczącego Fransa Timmermansa. Taki jest powód nagłego pójścia ścieżką alternatywną bezpośrednio do TSUE.

Wszczęta wczoraj procedura ma jeszcze jeden kontekst, wyjątkowo wręcz niekorzystny dla rządu. W środę 4 lipca o godz. 9 premier Mateusz Morawiecki występuje przed PE w Strasburgu. Parlament od kilku miesięcy zaprasza na kolejne posiedzenia po jednym unijnym prezydencie/premierze, który przedstawia swoje przemyślenia na temat przyszłości UE oraz kierunków reform. I akurat przyszła kolej na szefa rządu polskiego. Termin uzgodniono dawno, półgodzinne exposé/wykład Mateusz Morawiecki przygotowywał przez wiele tygodni. Niestety, znowu zbiega się pechowa „koincydencja terminowa”, zupełnie jak z fatalną ustawą o IPN. Niemalże w tych samych minutach, gdy premier będzie prezentował się w Strasburgu (przed standardowo pustawą salą), w Warszawie całkiem realna jest zadyma przed SN — np. gdy prezes Małgorzata Gersdorf przyjdzie do pracy, a tu się okaże, że po przymusowym przeniesieniu w stan spoczynku nie ma już wstępu… Pytanie retoryczne — po takich wieściach kogo na sali PE w Strasburgu, poza garstką europosłów PiS, w ogóle będzie interesowało, co premier ma do powiedzenia na temat przyszłości UE? I drugie — po jego wystąpieniu wokół czego skoncentruje się przewidziana na godzinę poselska debata? © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski