Referendum w senacie

PiS musi wybrać mniejsze zło

Autor: Fot. Andrzej Hulimka - Forum

 

 

 

 

 

 

Rok temu 24 lipca wypadał w poniedziałek, który dla obozu tzw. dobrej zmiany niespodziewanie okazał się dniem wewnętrznego pęknięcia. Przed południem prezydent Andrzej Duda ogłosił zawetowanie dwóch sztandarowych ustaw PiS, błyskawicznie przeforsowanych w atmosferze konfliktu społecznego: nowelizacji o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS) i nowej o Sądzie Najwyższym (SN). Podpisał tylko nowelę ustroju sadów powszechnych. Głęboki szok przeżył Jarosław Kaczyński, który nie mógł uwierzyć, że jego podopieczny okazał się takim niewdzięcznikiem. Przez posłańców – premier Beatę Szydło oraz marszałków Marka Kuchcińskiego i Stanisława Karczewskiego – prezes rozkazał prezydentowi wycofanie się z wetowego błędu. Umyślni wrócili jednak na Nowogrodzką z niczym. Ów czarny poniedziałek zakończyły dwa kuriozalne orędzia/kontrorędzia Andrzeja Dudy i Beaty Szydło. Rządowa Telewizja Polska obaliła konstytucyjną precedencję i najpierw wpuściła na ekran nagranie szefowej rządu, a potem głowy państwa. Oboje mówili niby to samo, o potrzebie zmian w sądownictwie, ale nie tak samo. Całkowicie skołowany elektorat PiS nie miał pojęcia, o co ta wojna na górze, natomiast zdecydowana większość społeczeństwa czuła się niczym na widowni kabaretu.

Przez miniony rok polityczna karuzela obróciła się kilka razy, zawetowane ustawy weszły w życie w trochę zmienionych wersjach. Przejmowanie sądownictwa przez PiS przebiega jednak znacznie wolniej, co najlepiej widać na przykładzie SN. Gdyby nie weto, prezes Małgorzata Gersdorf zostałaby wyrzucona już w poprzednie wakacje, a nowy SN obsadziłby swojakami… minister Zbigniew Ziobro. Następstwem wet stało się także utracenie zaufania do Andrzeja Dudy nie tylko przez Jarosława Kaczyńskiego, lecz generalnie przez najtwardszy elektorat. Na przykład dla środowiska klubów „Gazety Polskiej” prezydent to od roku persona non grata.

Kalendarzowym przypadkiem właśnie 24 lipca nadchodzi czas wielkiego rewanżu partii na jej krnąbrnym wychowanku. Po południu Senat bierze się za wniesiony przez Andrzeja Dudę projekt postanowienia o zarządzeniu referendum konstytucyjnego. Nie wiadomo, czy głosowanie izby odbędzie się z marszu nocą, czy zostanie odłożone na środę. Faktycznym decydentem i tak nie będzie Senat, wykonujący dyspozycję politbiura PiS, czyli w praktyce Jarosława Kaczyńskiego. Gdyby zostało podtrzymane wszystko, co od miesięcy prezes i inni partyjni dygnitarze mówili o pomyśle zorganizowania referendum w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości – projekt prezydenta bezwzględnie trafi do kosza. Jednak w polityce nigdy nie należy mówić nigdy, zatem referendum śladowy odsetek szans jednak ma. Prezes kładzie na szali dwa polityczne odważniki. Jeden to wizerunkowo-frekwencyjny blamaż – nie tylko prezydenta, lecz pośrednio i PiS – głosowania narzuconego Polakom w Narodowe Święto Niepodległości 10-11 listopada 2018 r. Drugim jest publiczne przyznanie, że od 24 lipca 2017 r. głęboka rysa między prezydentem a jego macierzystą partią została jedynie przypudrowana. To drugie zło wydaje się jednak dla PiS zdecydowanie mniejsze. Tym razem zbiega się to z obiektywnym interesem kraju – odrzucenie projektu referendum, obejmującego kilka pytań wręcz absurdalnych, będzie jubileuszowym prezentem dla Polaków.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski