Rzucenie kładki nie zastąpi mostu

Nowe państwa członkowskie w UE najchętniej widziałyby te, które weszły od 2004 r.

Nieformalny szczyt Rady Europejskiej w Sofii, poświęcony relacjom z Bałkanami, w najważniejszym wątku rozszerzenia Unii Europejskiej nie wykonał nawet pół kroku. Przypomnę, że już 15 lat temu, gdy zdecydowano o przyjęciu od 1 maja 2004 r. dziesiątki państw z Polską, UE zapowiedziała, że w następnej kolejności kroczy właśnie przez Bałkany, do połączenia z Grecją. Akcesja Rumunii i Bułgarii była właściwie elementem naszego rozszerzenia, została jedynie odsunięta do 1 stycznia 2007 r. Zatem realnie obietnica objęła tylko Chorwację, która wstąpiła 1 lipca 2013 r. A potem opuszczono szlaban, na długie lata.

Perspektywa przyjęcia państw najbardziej zaawansowanych w procedurach akcesyjnych to może lata 2025-27. Wcześniej wchodzą w grę co najwyżej umowy stowarzyszeniowe, znoszenie wiz dla mieszkańców i inne zastępujące solidny most chybotliwe kładki, które dobrze znamy z programu partnerstwa wschodniego. Samo potwierdzenie na sofijskim szczycie, że UE nie ma wobec Bałkanów planu „B” i docelowo powinna nastąpić integracja tego specyficznego regionu ze wspólnotą — bez podania choćby przybliżonego horyzontu czasowego — jest kompletnie puste.

Podział na zwolenników i przeciwników kolejnych akcesji jest w UE dosyć czytelny. Nowe państwa członkowskie najchętniej widziałyby te, które weszły od 2004 r. Niechętna i coraz bardziej wystraszona jest natomiast dawna piętnastka, a najbardziej — twarde jądro założycielskie, czyli szóstka. Na podstawie doświadczeń z dopiero rozpoczętej debaty o wieloletnich ramach finansowych 2021-27 płatnicy netto widzą w najczarniejszych barwach parcie ze strony kolejnych biednych beneficjentów na windowanie budżetu w górę. Komisja Europejska natomiast zdaje sobie sprawę, że gdyby traktatowe standardy praworządności przymierzyć do realiów bałkańskich — obecne problemy, które Bruksela ma z rządami w Warszawie czy Budapeszcie, to naprawdę pikuś… © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski