Salw honorowych można się nie doczekać

Dopiero w czwartym roku prezydentury Andrzej Duda dostępuje przekroczenia progu Białego Domu. 

 

Donald Trump nadał wtorkowej wizycie status oficjalnej, z małżonkami, ale przebiegającej niemal w biegu — półtorej godziny rozmów plus pół godziny dla mediów. Notabene zaprosił rozmówcę w bardzo niewygodnym dla niego terminie. Po pierwsze — za kilka dni Andrzej Duda musi lecieć do USA… ponownie, na 73. sesję ONZ, a przecież spodziewano się zgrania obu wydarzeń. Po drugie — nie może uczestniczyć w głównej części przygotowywanego od roku szczytu prezydentów Trójmorza w Bukareszcie, wpadł jedynie na krótko w wigilię, we wtorek zaś zastępuje go premier Mateusz Morawiecki.

Oczywiście to dobrze, że w Białym Domu wreszcie znalazło się choćby na krótko miejsce dla Andrzeja Dudy. Przy kominku w Gabinecie Owalnym siedzieli już wszyscy prezydenci wybrani w III RP oraz wielu premierów. Jednak łza się w oku kręci na wspomnienie trzech wizyt o najwyższym statusie — państwowych. Były to imponujące gale z tłumem gości na południowym trawniku przed Białym Domem, orkiestrami, sztandarami armi USA, rekonstruktorami w mundurach z wojny o niepodległość, salwą z 21 armat — protokolarny przepych. A później wieczorne przyjęcie, świece, prezydenci pod muchami, panie w kreacjach, śmietanka waszyngtońska oraz polonijna. Takiego zaszczytu dostąpił w 2002 r., czyli w drugiej kadencji, Aleksander Kwaśniewski, honorowany przez George’a W. Busha (syna). Akurat po roku wysłaliśmy żołnierzy do Iraku… Dekadę wcześniej, w marcu 1991 r., czyli zaraz po wyborze, gościł państwowo Lech Wałęsa, którego na taki poziom wyniósł George H. Bush (ojciec). Kuriozalna wizyta zdarzyła się natomiast w październiku 1974 r. gdy świeżo zaprzysiężony (po upadku Richarda Nixona) prezydent Gerald Ford urządził galę dla… towarzysza Edwarda Gierka. U nas jedyną państwową funkcją władcy PRL był mandat szeregowego posła. W tym kontekście w epoce tzw. dobrej zmiany naprawdę trudno uniknąć wrażenia déją vu…

Pozostali prezydenci RP, Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski, mogli o państwówce w USA tylko pomarzyć. Co bardzo ważne, kryterium kwalifikacyjnego wcale nie stanowi prezydenckistaż, raczej osobista opinia gospodarza Białego Domu o znaczeniu partnera. Donald Trump na razie z fetą przyjął tylko Emmanuela Macrona, rewanżując się za swój udział w defiladzie w Paryżu. Notabene dwie najdawniejsze polskie gale na trawniku Białego Domu związane były z wyjątkowością postaci — Lech Wałęsa rozchwytywany był na całym świecie jako symbol obalenia komunizmu, Edward Gierek natomiast dawał naiwnemu Zachodowi — kupując za kredyty wiele licencji — nadzieje na pewne złagodzenie oblicza naszego ustroju. Przy takich punktach odniesienia szanse Andrzeja Dudy na wizytę państwową w USA na razie są dokładnie zerowe. Sytuacja może ewentualnie zmienić się po roku 2020 — wtedy w maju wybory prezydenckie są u nas, a w listopadzie w USA. Obecnie jednak w politycznej i protokolarnej hierachii gospodarza Bialego Domu nasz prezydent jest gościem z taśmy.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski