Sama możliwość to polski wstyd

Okoliczność, że niepokojące centralę UE wieści z Polski nadeszły w tak wyjątkowym okresie, utrwala jej zaniepokojenie.

Sama możliwość to polski wstyd

Od przywrócenia w Polsce pięć lat temu kalendarzowej czerwonej kartki w Święto Trzech Króli (które urzędowo stało się dniem roboczym w 1960 r.) nasza klasa polityczna przyjmuje obyczaje Unii Europejskiej. W Brukseli dopiero 6 stycznia realnie kończy trwającą ponad dwa tygodnie kanikułę.

 

Eurokracja po święcie znowu zaleje szklane domy Komisji Europejskiej (KE) i jej dyrekcji, siedzibę Rady UE koło ronda Schumana, a także kompleks Parlamentu Europejskiego (PE). U nas co prawda dzisiaj odbywa się cowtorkowe posiedzenie Rady Ministrów, ale początek roku na pewno jest spokojniejszy od okresu kompletnego wariactwa polityczno-legislacyjnego w końcówce 2015. Na przykład skok władzy na publiczne radio i telewizję nie dokonał się w Nowy Rok, czego się można było spodziewać. Wiszący nad TVP i PR topór oczywiście spadnie po podpisaniu i niezwłocznym opublikowaniu specustawy, ale dopiero po święcie.

 

PE już absolutnie nie odpuści debaty na temat politycznego zwrotu w Polsce, zaplanowanej we wtorek 19 stycznia podczas comiesięcznej sesji w Strasburgu. Wcześniej, na standardowym posiedzeniu w środę 13 stycznia, temat podejmie cała KE. Na razie będzie to jedynie debata rozpoznawcza, żaden krok ku procedurze piętnującej systemowe zagrożenia w Polsce dla państwa prawa.

 

I słusznie, w tym momencie byłaby to oczywiście przesada. Niemniej powiedzenie A otwiera teoretycznie prawną ścieżkę, na której końcu Z umożliwia np. zawieszenie prawa kraju członkowskiego do głosowania w Radzie UE. Podkreślam, że chodzi o branżowy organ ministerialny, a nie o szczyt Rady Europejskiej z udziałem szefów państw i rządów. Jednak samo zaistnienie takiej teoretycznej możliwości to ogromny wstyd dla Rzeczypospolitej Polskiej w dwunastym roku naszego członkostwa w UE.

 

W tym kontekście dobrze się składa, że temat polityki zagranicznej będzie głównym punktem dzisiejszej Rady Ministrów. 2016 jest w tym obszarze rokiem naprawdę ważnym, wszak na początku lipca pierwszy raz w naszych dziejach Warszawa będzie gościła szczyt Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego.

 

Notabene słychać chichot historii, ponieważ podczas poprzedniego szczytu w Newport wierchuszkę NATO zaprosił do nas prezydent Bronisław Komorowski, licząc, że będzie to szczyt triumfu jego drugiej kadencji — a tymczasem gotowe danie skonsumuje propagandowo Andrzej Duda. Bez względu na personalia trzeba jednak pamiętać, że NATO i UE to zupełnie inne wspólnoty i mieszanie ich zadań jest abstrakcją. Nowi władcy Polski wolą mówić o NATO, kompletnie lekceważąc pisma zaniepokojonych komisarzy europejskich.

 

Zapewne przed 13 stycznia rząd Beaty Szydło przyjmie jakieś stanowisko, ale można stawiać każde pieniądze, że powtórzy ono syndrom oblężonej twierdzy i zarzuci unijnej centrali nieznajomość istoty przemian oraz wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Polski. A przecież od czasu, gdy pijemy miliardy ze strumienia unijnych pieniędzy na rozwój — tak prymitywne rozumowanie się nieodwracalnie skończyło. © Ⓟ

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski