Sprytne chwyty ku chwale partii

Za cztery tygodnie o tej porze, w poniedziałek 22 października, znane już będą wyniki nie sondażowego, lecz potwierdzonego w urnach badania społecznego, czy tzw. dobra zmiana zbłądziła pod strzechy.

Bialystok. 19.11.2010 r. Plakat wyborczy z haslem: Bialystok, mala ojczyzna wielki swiat i amerykanska limuzyna reklamuja kandydatke do Rady Miasta z ramienia PO w wyborach samorzadowych. Fot.Wojciech Jakubiuk/FORUM

Konkretnie — pod wojewódzkie, albowiem tylko na poziomie sejmików wyniki samorządowe dadzą się uogólnić. Po zsumowaniu można będzie je przeliczyć na rezultaty wyborów nadchodzących w 2019 r. i prognozować dokładny podział 52 mandatów do Parlamentu Europejskiego, 460 miejsc w Sejmie oraz 100 w Senacie.

Czytelne będą także wyniki rywalizacji o fotele wójtów/burmistrzów/prezydentów. Przy czym w wielu samorządach potrzebna będzie 4 listopada druga tura. Generalnie na najniższym poziomie nie da się policzyć, kto wygrał samorząd politycznie, ponieważ wiele lokalnych komitetów demonstracyjnie odcięło się od partii. Centralna kasta polityczna robi jednak wszystko, by sprytnymi chwytami proceduralnymi zwiększać partyjne szanse na dole piramidy.

Przykładem jest system dystrybucji numerów list wyborczych. W tym tygodniu Państwowa Komisja Wyborcza rozlosuje najniższe, jednocyfrowe numery w grupie centralnych komitetów, potem komisarze rozlosują dalsze na poziomie wojewódzkim i powiatowym, wreszcie komisje w gminach/miastach do 20 tys. mieszkańców przyznają następne numery małym komitetom. Efekt będzie taki, że nawet w najmniejszym jednomandatowym okręgu kandydat np. PiS może liczyć na przewodzenie karcie do głosowania pod numerem jednocyfrowym (wszystkie partie modlą się o magiczną jedynkę), natomiast rywalizujący z nim kandydat międzysąsiedzkiego komitetu bezpartyjnego jest skazany z góry na numer, powiedzmy, 22 czy 26. Oczywiście dla wyborców zdecydowanych nie ma to znaczenia, znajdą swojego faworyta i krzyżyk w kratce postawią, ale dla niezdecydowanych — wskazówka jest aż nadto wyraźna… W przeforsowanej w styczniu zmianie kodeksu PiS dorzuciło jeszcze jeden element, dający właśnie tej partii przewagę wizerunkową. Otóż wprost na kartach do głosowania będą umieszczane przy nazwach list również… partyjne logotypy. Czyżby polskie społeczeństwo potraktowane zostało przez władców niczym niepiśmienny elektorat z państw, w których z powodu analfabetyzmu głosuje się właśnie na partyjne znaczki? Powód jest inny — wiadomo, że nośne symbole graficzne mają wyłącznie duże partie, natomiast komitety na poziomie powiatowym czy gminnym o takim wizerunkowym gadżecie nawet nie myślą.

Kodeks wyborczy obejmuje jeszcze kilka elementów, które PiS wprowadziło ewidentnie dla siebie. Rekordową bezmyślnością jest umożliwienie tej samej osobie podwójnego kandydowania — na wójta/burmistrza/prezydenta oraz na radnego tej samej gminy/miasta. Jeśli ktoś wygra i tu, i tu — w jednostkach do 20 tys. mieszkańców natychmiast będą konieczne wybory uzupełniające do nowej rady. Jeśli natomiast podwójny kandydat zdobędzie tylko mniej dla niego istotny mandat radnego — automatycznie stanie się w radzie głównym ośrodkiem oporu wobec zwycięzcy. Pomysłodawcom chodziło o to, by kandydat namaszczony przez rządzącą partię nie znikał z rynku, lecz otrzymywał szansę zostania choćby radnym. W samorządowych realiach taki kij ma jednak dwa końce i może okazać się samobijem.

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski