Strony trwają przy własnych zdaniach

Komisja Europejska oczekuje na ruch rządu PiS w sprawie przekazanych mu 20 grudnia 2017 r. zaleceń.

Wymiana argumentów zawsze jest pożyteczna, ale Mateusz Morawiecki i Jean-Claude Juncker są dalecy od porozumienia.

Wtorkowa kolacja premiera Mateusza Morawieckiego (w towarzystwie wiceministra spraw zagranicznych Konrada Szymańskiego) z szefami Komisji Europejskiej (KE) — przewodniczącym Jeanem-Claude’em Junckerem i wiceprzewodniczącym Fransem Timmermansem — zakończyła się tak późnym wieczorem, że komentujemy ją z poślizgiem. Ma to jednak i dobrą stronę, ponieważ w środę upowszechniona została również unijna ocena rozmów. KE podkreśla, że oczywiście były pożyteczne, ale oczekuje na ruch rządu PiS w sprawie przekazanych mu 20 grudnia 2017 r. zaleceń. I to pilnie, najlepiej gdyby premier mógł coś konkretnego przywieźć do Brukseli już na nieformalne spotkanie (poświęcone głównie wieloletnim ramom budżetowym) szefów państw i rządów 23 lutego, a na pewno na standardowy szczyt Rady Europejskiej (RE) 22–23 marca.

Niestety, po wyżęciu dorobku wtorkowych rozmów z dyplomatycznej ciepłej wody — suchego zostaje niewiele. W pełni zachowuje aktualność tytuł mojego komentarza sprzed wizyty: „Grozi nam tylko i aż historyczny wstyd”. KE, która we wniosku z 20 grudnia uznała „istnienie wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia” przez ekipę rządzącą obecnie w Polsce traktatowych zasad praworządności, oczekuje wprost… anulowania wielu przepisów z pakietu przyjętych w latach 2016–17 ustaw sądowniczych. A to jest politycznie oczywiście wykluczone, wszak walec PiS nie po to przetoczył się najpierw po Trybunale Konstytucyjnym, później po sądach powszechnych, wreszcie w końcówce roku po Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym — żeby teraz się nagle cofnął.

Dlatego premier Mateusz Morawiecki skoncentrował się na argumentach za dokonanymi zmianami, szefowie KE zaś pozostali przy swoich grudniowych zaleceniach. I nie ma żadnych szans, by cokolwiek zmieniło się do 23 lutego. Podczas kolejnego spotkania Mateusza Morawieckiego z Jeanem-Claude’em Junckerem, zaplanowanego przy okazji nieformalnego szczytu, obie strony będą mogły odtworzyć stanowiska z minionego wtorku. I tak dalej, aż wreszcie dojdzie do nieuchronnego rozpatrzenia wniosku KE w pierwszej instancji przez ministerialną Radę UE. Prezydencję tego organu w pierwszym półroczu 2018 sprawuje Bułgaria, dlatego za ruch sensowny wypada uznać inauguracyjną wizytę Jacka Czaputowicza, nowego ministra spraw zagranicznych, właśnie w Sofii. Rząd PiS musi znaleźć przynajmniej sześć innych (na razie wiadomo tylko o stanowisku rządu węgierskiego), które stworzą tzw. mniejszość blokującą i odrzucą wniosek KE już na początku procedury.

W praktyce zdecydowanie większe realne znaczenie dla Polski ma oczywiście ruszająca w UE batalia budżetowa. Na razie wyjaśniła się tylko jedna niewiadoma formalna — ramy finansowe jak dotychczas będą siedmioletnie 2021–27, a nie skrócone do pięciolatki 2021–25, jak postulowała część eurokracji. Starcie o pieniądze zapowiada się tym cięższe, że odejdą wpłaty netto Zjednoczonego Królestwa, stanowiące dotychczas 15 proc. wpływów do unijnej kasy, czyli dziura roczna wyniesie 12–13 mld EUR. W związku z tym cięcia w polityce spójnościowej oraz być może rolnej są obiektywnie nieuniknione. Oby nie nałożył się na nie wątek skarcenia rządu PiS za naruszenie traktatowych zasad praworządności…

Jacek Zalewski
Jacek Zalewski